—
Takie ceny to ja ostatnio
widziałam na wyprzedaży u Gucci'ego.— stwierdziła dziewczyna,
obracając w dłoniach nóż długości przedramienia. Rękojeść
była owinięta ciemną skórą z bydła, głowica i jelec były
odlane z żelaza bądź z mosiądzu, dziewczynie trudno było
zgadnąć, ostrze idealnie wyważone, finezyjnie zagięte u szczytu.
Czarnowłosa podniosła zgiętą w łokciu rękę na wysokość barku
i trzymając za rękojeść wyprostowała szybko rękę, udając, że
rzuca nożem. — Rozumiem, że to antyk ale bez przesady.
—
Masz racje.—
przyznała staruszka tuż
obok. — Wiesz,
kochanie... na takich jarmarkach często starocie sprzedają Niemcy.
Najpierw ograbili nas ze skarbów narodowych a teraz sprzedają nam
je w kosmicznych cenach. Za grosz uczciwości.— jej
twarz usiana zmarszczkami, wykrzywiła się w grymasie obrzydzenia,
gdy mijały kolejne stoiska.
—
To jak ten żart: ,,Czemu
Polacy wyjeżdżają do Niemiec? Bo tam są dobytki ich rodzin"
—
Tym to akurat mogłabyś
kogoś obrazić. Jak dobrze wiesz ja popieram obgadywanie za plecami
ale tylko w morowym towarzystwie. Żadnych kapusiów.—
zamachnęła się ręką,
a wnuczka z przyzwyczajenia zrobiła unik. Za to mężczyzna za nią
już tego nie uczynił.
Ozdobiona bliznami i
plamami, ze starości, dłoń kobiety wylądowała na twarzy
mężczyzny wydając przy tym zadziwiająco głośny odgłos
ciamkania. Zapanowała cisza, tłum zdawał się obserwować całą
sytuację i pomimo, że jeszcze przed chwilą ludzie gnali przed
siebie jak antylopy, popychając się pośpiesznie, teraz patrzyli
się na obiekt płci brzydkiej w ciemnym garniturze. Stał on jak
wryty w ziemię z mocno zaciśniętymi oczami i szczękom, aż na
jego szyi uwydatniły się żyły. Granatowy garnitur, skrojony na
miarę, kosztujący miliony, biała koszula i idealnie wypolerowane
lakierki oraz burza jasnych włosów uświadomiły Barbarę, że
przed nią stoi nie kto inny jak najbogatszy z mieszkańców tej
wioski.
—
O, nie! Przepraszam Pana
najmocniej!— babcia
wydała z siebie zduszony świst.
—
Tak właśnie wygląda
miasto po tym jak wpuszcza się do nich chłopów.— warknął
barytonem. Otworzył oczy z gniewem lustrując teraz dwie kobiety
przed sobą.— Jarzeniowska.
Przypomnij mi... czyż prawdą jest to, że twoja matka popełniła
samobójstwo?— zapytał
kpiąco.
—
Prawda, jednak nie
sadzę, że musi pan wciskać w nasze rodzinne sprawy, swój krzywy
nochal. Pamiętam jak za młodu tak przywaliłam Hansowi w nos, że
aż chrupnęło. Tę cechę chyba odziedziczyłeś po nim.
—
Wypraszam sobie!—
jego twarz nabiegła
krwią.
—
Pff, jak ty się do
starszych odnosisz? O ile pamiętam to mieszkańcom kraju, tuż przy
naszej lewej granicy, bardzo zależy na hierarhii w rodzinie i przy
tym o poprawne odnoszenie się do nich.
—
Stara baba gada bez
składu i ładu!
—
Srutu, tu, tu, pęczek
drutu.
—
Niech ktoś wezwie
egzorcystę, bo ta kobieta jest opętana.— zwrócił
się do tłumu gapiów, ale ci stali tylko sztywno, jakby ich nogi
zapuściły korzenie.
—
Co? Taki duży chłopczyk
jak ty nie potrafi sobie sam poradzić? O ile pamiętam, twój ojciec
zachowywał się zupełnie inaczej.
— Pani
sobie chyba nie zdaje sprawy kim ja jestem...
— Ooo,
dobrze wiem. Toż cię na chrzcie uspokajałam boś płakał. Darłeś
się wtedy nieziemsko.— pokręciła
nosem. — Już
tamtego dnia wiedziałam, że nic nie będzie tak jak trzeba.
— Zamknij
się kobieto.
—
O nie, kochasiu!—
babcia pokiwała
energicznie głową na boki, wskazując mężczyznę bladym palcem. —
Aż prosisz się o baty
a uwierz mi - ja nadal mam siłę w tych ramionach.— uniosła
ręce do góry napinając mięśnie jak prawdziwy strongmen. Basia
zakryła usta dłonią, aby zdławić śmiech.
—
W tych sflaczałych
oponach?
—
A chcesz się
przekonać?!— zbliżyła
się, naśladując jego głos. — Chcesz?
Parę
osób zaczęło się śmiać. Tłum jakby ożył i teraz wszędzie
unosiły się szepty, przytłumione chichoty i stukot obcasów o
kocie łby, którymi była wysadzana ulica. Jak za dotknięciem
różdżki ludzie znów ruszyli w swój opętańczy pościg za dniem.
—
Czasami jest tak, że
przeszłość prześladuje nas na każdym kroku. — opuściła
ręce wzdłuż pasa. — Jednak
jeden uśmiech potrafi przegonić więcej zła, niż ci się wydaje.
—
Nie pieprz głupot.—
spojrzał na zegarek. —
Cholera, przez ciebie
spóźnię się!— krzyknął
i wyrwał do przodu niczym błyskawica. Potrącił czarnowłosą,
jednak tej udało ustać się w miejscu.
—
Jej.... to było
świetne.— uśmiechnęła
się szeroko, obejmując babcię za szyję. — Jesteś
najlepsza!
—
Już, już wnusiu. Nie
ekscytuj się tak. — poklepała
ją po plecach.— Nie
najlepsza to była sytuacja.
—
Najlepsza, z najlepszych!
Dopiekłaś temu staremu idiocie!
—
Nie.—
powiedziała stanowczo.
— Nie chciałam
go urazić, jedyne co mam na celu już od wielu lat, to przekonać go
wreszcie, że życie jest piękne.
—
Nie rozumiem.
—
I nie zrozumiesz dopóki
nie dowiesz się, co wydarzyło się prawie 90 lat temu.—
mruknęła odwracając ją
i popychając w tylko sobie znanym kierunku.
Jak
kobieta sama wcześniej przyznała - posiadała w tym wieku
niespodziewaną siłę. Wciąż czuła się młodo, jej pamięć nie
szwankowała a sprawność jej ciała zaskakiwała niejednego. Na co
dzień chodziła w sukienkach za kolano, w ładne kwieciste wzory,
które szyła sama. Do tego perłowe klipsy i okulary w srebrnej
oprawce. Barbara podziwiała swoją babcię, jej humor, niebanalny
sposób myślenia, błyskotliwość i chęć do życia, którą wręcz
emanowała. Była dla niej wzorem, kimś na kogo chciała wyrosnąć.
Dlatego też z niepokojem obchodziła każde kolejne urodziny, bojąc
się, że w końcu jej zabraknie.
Ławka,
na której przysiadły, znajdowała się tuż pod płaczącą
wierzbą. Jej smukłe gałęzie opadały kaskadą w duł, łaskocząc
je swoimi liśćmi. Słońce rzucało świetlne refleksy, tworząc
witraż barw na szarej powierzchni chodnika. Trawa była już
wyschnięta, kolejny dzień pełen suchego wiatru i temperatury
powyżej dwudziestu ośmiu stopni, nie sprzyjały jej, powodując
obumieranie. Nawet gdy niebo raczyło ziemię dawką deszczu - było
to wciąż za mało, aby nasycić rośliny na dłużej. W tym miejscu
choć wiało, liście trzepotały delikatnie, to nie czuć było
chłodu. Spocona podkoszulka przyklejała się do ciała dziewczyny,
powodując u niej irytację.
—
Więc?
—
To długa historia. Nie
jest ona i tak sednem tej sprawy, ale moi rodzice milczeli aż po
grób.— wyjaśniła
cicho, spoglądając przed siebie.
—
Sednem jakiej historii?
Mama mi o niczym nie opowiadała.— zaperzyła
się.
— Bo
ona o niczym nie wie. Im mniej osób w ogóle wiedziało, tym
lepiej. Dlatego to co mam zamiar ci powiedzieć, musisz zatrzymać
dla siebie. Żadnego opowiadania braciom czy zwierzania się
koleżanką. Zgoda?
— No,
okej. Przecież wiesz, że jak trzeba to potrafię milczeć.
— Wiem,
wiem. Kiedy się urodziłam, to był ten sam rok gdy polacy wygrali z
bolszewikami, był 1920. Mój ojciec brał udział w pierwszej wojnie
światowej, został kaleką, po jednym z wybuchów odłamki
poszarpały mu nogę. Matka ten czas spędziła na wsi, pełna wiary,
że Polska odzyska niepodległość, przygotowywała rodzinny dom.
Wcześniej został on częściowo zniszczony. W odbudowie pomagała
rodzina mieszkająca obok, skryli się aby nie brać udziału w
wojnie. Jak później się okazało, byli pochodzenia niemieckiego.
Więc gdy tylko wojna się skończyła, ojciec wrócił do domu.
Sąsiedzi pomagali moim rodzicom w potrzebie, zawsze byli gotowi
oddać nam kawałek chleba czy drewno na opał. Miałam jedenaście
lat gdy na świat przyszedł Alfred. To było piękne lato, cztery
lata przed wojną. Ludziom zdawało się, że wreszcie mogą
korzystać ze szczęścia. Jednak w trzydziestym dziewiątym wybuchła
po raz kolejny wojna. Zaczynało robić się niebezpiecznie, trzeba
było uważać na to co się mówi i co się robi. Hans, ojciec
Alfreda choć dostał propozycję dołączenia do SS, odmówił. Nie
rozumiałam do końca co dokładnie zaszło wtedy w ich domu, ale już
następnego dnia wszystko się zmieni. O ile wcześniej byli
traktowani jak każdy Niemiec, teraz pastwili się nad nim tak jak
nad nami. Kazali mu ciężko pracować, zabronili mówić po Polsku a
nawet podbierali im jedzenie czy drewno na opał. Hans i Maria
znosili to dobrze, oni od początku nie popierali polityki Hitlera,
byli jej przeciwni ale ich syn znosił to o wiele gorzej. Jako, że
musiał chodzić do Niemieckiej szkoły, był wyśmiewany i
szykanowany. Dla ośmiolatka to było zbyt wiele. Już wtedy
znienawidził swoich rodziców. Miarka przebrała się jednak, gdy
jego rodzina pod swój dach przyjęła uciekających Żydów. Wydał
ich.
— Jak
to? Dlaczego?!- Basia nie rozumiała.
— Po
prostu miał nadzieję, że w ten sposób zabłyśnie wśród kolegów
i ich rodzin. Gdy rozstrzelano ich na oczach całej wsi – Alfred
zrozumiał co zrobił. Jego samego wyrzucili ze szkoły, nie stał
się wzorem do naśladowania, uczniowie szkoły bali się go. Został
sam, bez niczego, nawet bez dachu nad głową. Było jednak za późno,
ja i moja rodzina zostaliśmy przesiedleni, choć żołnierze
usiłowali zmusić moich rodziców do przygarnięcia Alfreda, nie
zrobili tego. Motywowali to przed nimi, że nie zamierzają mieć nic
wspólnego z konfidentem, nie chcą takiego dziecka, on to słyszał,
płakał i prosił ale my byliśmy nie ugięci. Nie widziałam go
długi czas, nawet po wojnie nie mogłam go znaleźć. Na początku
wspomnienia o moim dawnym towarzyszu zabaw, napełniały mnie
wstrętem ale z czasem zrozumiałam go. Próbowałam go więc
odnaleźć ale gdy to mi się udało, to nie był już taki sam
człowiek.
— Załamał
się?
— Wręcz
przeciwnie.— pokręciła głową, i zrobiła minę jakby nad czymś
mocno się zastanawiała. — Kiedyś na pewno był załamany. Jednak to
z czasem zmieniło się na gniew. Nienawiść do mnie, i moich
rodziców. Nie rozumiem jednak dlaczego wciąż mieszka w Polsce.
Skoro tak nienawidzi tego miejsca, powinien się stad wynieść a on
wciąż tu mieszka.
— To
nie logiczne.— przyznała cicho, będąc pod wrażeniem opowieści. — A co później działo się z wami?
— Na
początku przesiedlili nas niedaleko Warszawy. To był taki mały
obóz przejściowy. Z pomocą ludzi, którzy tam mieszkali, mi i
matce udało się uciec. Ojciec zbyt mocno wtedy chorował, moja mama
nigdy nie wybaczyła sobie, że tam go zostawiliśmy. W tym czasie
wstąpiłam do Szarych Szeregów, do AK. Dzięki temu otrzymałyśmy
pomoc, nowe nazwiska, dokumenty, mieszkanie. Zbierałam dla nich
informację i przechowywałam broń. Matka była na to całkowicie
obojętna, jakby jej w ogóle nie było. Wtedy myślałam, że to
minie ale miało być gorzej. Gdy znałam już dzień, w którym
wybuchnąć miało powstanie – kazałam matce uciekać.
Powiedziałam jej, że na razie ma się gdzieś zaszyć ale jak tylko
wojna się skończy, ma wrócić do rodzinnego domu.
— Brałaś
udział w Powstaniu?
— Każdy
w Warszawie brał, ale teraz to nie istotne. Z lekcji historii chyba
wiesz jak to się skończyło, no nie?- pokiwała głową. — Gdy
Powstanie upadało, przenieśli mnie z jednym z generałów na druga
stronę mostu Poniatowskiego. Tym sposobem uratowali mi życie,
bowiem wszyscy moi znajomi z oddziału zginęli. Wtedy też dowódca
dał mi wybór, zdecydowałam się, że odchodzę. To uchroniła mnie
przed prześladowaniami. Już orientowałam się, że po wojnie wcale
nie musi być tak kolorowo jak myślałam na początku. Gdy wojna się
skończyła wróciłam do domu, tam czekała na mnie już matka.
Początkowo jej nie rozpoznałam, wyglądała tak staro, tak
smętnie... później dowiedziałam się, że przez miesiące była
ukrywana w jakiejś piwnicy. Ludzie powoli wracali... było ich
znacznie mniej ale każdy witał się z uśmiechem. W swym czasie
przygarniałam takie osoby do domu, nie mieli oni albo już domu albo
zdążył tam zamieszkać już ktoś inny.
— Dlatego
wszyscy zawsze się tak miło z tobą witają... to wszystko
wyjaśnia...
— Twoja
prababcia jednak nie wychodziła z domu. Dawni sąsiedzi a nawet jej
ocaleni znajomi próbowali z nią rozmawiać ale ona ich ignorowała.
Była już wtedy w ciężkiej depresji. Przyjęła tylko raz do
siebie kobietę, która opiekowała się ojcem gdy my uciekłyśmy.
Następnego dnia znalazłam ją martwą.
— O
Boże.- Basia rozszerzyła oczy. Dotąd ani razu nie dane było jej
posłuchać tej historii. Babcia stroniła od zwierzeń i wszystko co
o niej wiedziała, to to co mówiła jej mama.
— Proszę
nie myśl sobie, że jestem nie czuła ale dobrze, że odeszła.
Usychała z tęsknoty wiele lat, z tego powodu ja także czułam się
coraz gorzej.
— Nie
tęskniłaś?
— Oczywiście,
że tak. Płakałam każdej nocy, ukryta pod pierzyną, płakałam
także wcześniej – w Warszawie, podczas powstania. Zawsze
tęskniłam. Jednak byłam też szczęśliwa – po tylu latach mogli
wreszcie zażyć spokoju w niebie. Nie musieli martwić się już
światem śmiertelników.
— Byli
wreszcie wolni.
— Dokładnie,
ale Alfred uczepił się tego jak rzep psa.— pokręciła głową. — Nie wiem już jak mam do niego przemówić.
— Najlepiej
nic nie mów. Jego matka i ojciec byli wspaniali a on, można
powiedzieć, zepsuł dobre imię ich rodziny.
— Może
tak, może nie. Tak sobie teraz myślę, może jest już za późno
na to aby cokolwiek zmienić? Kiedyś ustanowiłam to moim życiowym
celem ale teraz to chyba straciło sens.
— Nigdy
na nic nie jest za późno. Zawsze da się coś zrobić, zawsze.
Nawet jeśli wszystko ma się później spieprzyć.
— Tak
jak Powstanie.
— Dokładnie
tak, jak Powstanie. Walcz do końca i się nie poddawaj.— przytuliła
ją. — To piękna opowieść ale i pełna bólu.
— Dobrze,
że ty nie musisz tego przeżywać wnusiu.— westchnęła obejmując
ją. — Dobrze, że ty nie jesteś Kolumbem*...
。。。
Gdy
Basia razem z babcią wchodziły do mieszkania słońce powoli
zachodziło, a niebo było w odcieniu ciemnego różu. Krzysiek i
Bartek bawili się na trawie, udając samoloty a mama siedziała na
tarasie i opalała się, czytając jakieś kobiece pismo. Na stoliku
obok stała wysoka szklanka ze słomką i pomarańczową cieczą.
Pomachała im z uśmiechem, zapraszając je.
— I
jak tam było? Znalazłyście coś ciekawego?
— Same
sknery tam sprzedają.
— Mają
kosmiczne ceny, mamo.— Barbara usiadła na jednym z krzeseł. — Fajne
rzeczy ale wygórowane ceny.
— To
prawda.- starsza z kobiet pokiwała głową. — Dom byśmy sprzedały i
by nam nie starczyło.
— No
to naprawdę nie ciekawie.— przyznała Honorata, bo tak nazywała się
matka trójki dzieci.
Miała
czarne, krótkie włosy, zielone oczy i ciemne piegi na twarzy. Jej
spojrzenie potrafiło zwalać z nóg a uśmiech, zarażał
niejednego. Nie była chuda, po zimie przytyła parę kilogramów ale
była kobietą wyzwoloną i kochała siebie taka jaką jest.
Siedziała więc w bikini na leżaku z rozpłaszczonymi udami i z
jednym wałeczkiem na brzuchu. Basia pozwalała sobie tego z
grzeczności nie komentować. To oczywiście jej nie przeszkadzało,
ale niezbyt chciała aby w takim stanie widziały ją ich sąsiadki.
Może i mieli własny, duży domu ale tuż obok znajdowały się inne
budynki, nie ogrodzone, które zamieszkiwali najczęściej starsi
ludzie. A oni wprost uwielbiali plotkować, kobieta z trójką
dzieci, która wprowadziła się do matki była więc dla nich nie
lada sensacją. Niektórzy mówili, że jej mąż zmarł, inni, że
przez lata była prostytutką i nabawiła się dzieciuchów. Barbara
parskała na coraz to nowsze pomysły śmiechem, po prawda była
prostsza niż drut. Rozwód to rzecz przeciętna, teraz więcej ludzi
rozwodzi się niż żeni. Ponad 70% małżeństw w ciągu paru lat
stwierdza, że ich partner zdradza go. Niektórzy rozwodzą się z
błahych powodów – ktoś za rzadko jest w domu, pieniądze znikają
z konta, kochanka, a nawet zwykłe nie opuszczanie deski po
załatwieniu swoich potrzeb w łazience. Ich ojciec stwierdził po
prostu, że trójka bachorów to jednak za dużo na głowie, spakował
walizki i złożył pozew do sądu.
Basia
nie zdziwiła się, że ich mama wręcz z uśmiechem na ustach
przyjęła tą sytuację. Od dawna, bowiem twierdziła już, że
między nimi nie ma tej
mięty i woli
się przeprowadzić. Może i dziewczyna lubiła swojego tatę,
świetnie opowiadał bajki i można było z nim nieźle po
polemizować, to gdy odchodził sama pomogła mu się spakować.
Stare mieszkanie w bloku sprzedali jakimś studentom po połowie ceny
i zabierając swoje rzeczy, przeprowadzili się do rodzinnego domu.
Był jeszcze przed wojenny, wnętrze mieszkania babci utrzymane w
niemal salonowym stylu, budziło podziw. Mieszkała na parterze,
zostawiając całe piętro do dyspozycji córki i wnuków. Jako, że
dom był stary, dużo trzeba było naprawiać. To była kolejna z
zalet babci – sama dawała sobie rade ze wszystkim. Nie musiała
wzywać hydraulików, sama naprawiała rury, potrafiła spawać,
malować, budować i jeszcze wiele innych czynności, które były
symbolem męskich zawodów. Równocześnie także świetnie gotowała,
jej potrawy były wyśmienite i nie ograniczała się tylko do kuchni
Polskiej. Sushi stało się ostatnio jej pasją.
— Dlatego
właśnie ja tam nie łażę. Iwona dzisiaj mi mówiła, że Alfred
Hoga dał pieniądze na budowę muzeum w naszym mieście.
— Tak?
A to nie słychane.— zadziwiła się szczerze babcia.
— Muzeum?
Mało tego w Warszawie jest?— narzekała czarnowłosa.
— Muzeów
nigdy nie za wiele.
— Na
razie nie wiadomo jaką będzie miał zawartość. Podobno to ma być
tajemnica aż do otwarcia.
— Wyda
się prędzej czy później. A była dziś Kasia?
— Nie.
Nikt do nas nie dzwonił. Zresztą widziałam ją jakiś czas temu z
takimi lafiryndami... Krzysiek, nie bij go po twarzy! Co za
dzieciaki.— wymamrotała.
— Niech
się bawią. Dorosłość może na nich poczekać.— nie zgodziła się
najstarsza wiekiem.
— Mamo,
oni mają po dziesięć lat a dalej bawią się samochodzikami jak
pięciolatki.
— A
myśli, że co? Oni dalej są dziećmi,
więc to
oczywiste, że się bawią. Haniu, dziecko drogie, nigdy nie zabieraj
dziecku możliwości zabawy, to zbrodnia.
— Inne
dzieciaki zachowują się inaczej.
— Tak?
A czy ja cię wychowywałam jak te wszystkie babki z sąsiedztwa?
— Nie,
ale przez to wylądowałam tu gdzie jestem.
— Jesteś
szczęśliwa?
— No...
tak.— odpowiedziała po długim namyśle. Choć w jej życiu nie
przelewało się – mąż odszedł, została aktualnie bez pracy, to
pomimo wszystko była szczęśliwa. Nie żałowała niczego co ją w
życiu spotkało.
— I
widzisz? Babcia ma zawsze rację.— wyszczerzyła się Basia.
— Ty
się nie wymądrzaj.— warknęła w stronę córki. — Cholera! Baśka,
rozdziel ich!— krzyknęła widząc jak Krzysiek i Bartek okładają
się pięściami na trawie.
— Muszę?
Może wreszcie się pozabijają.
— I
widzisz? Zero zintegrowania.— zwróciła się do matki. — A ty nie
kombinuj! Maszeruj do nich, bo ci kieszonkowe obetnę.
-Ty
mi nawet ich nie dajesz.— zauważyła błyskotliwie dziewczyna, wciąż
patrząc jak bliźniaki tarzają się po trawie. -Ja jakoś nie widzę
potrzeby interweniowania.
— Ty
nigdy nic nie widzisz. Tak samo było, gdy utknęłam w lesie a ty
sobie poszłaś dalej. Czy tobie w ogóle zależy na rodzinie?
— Zdefiniuj
słowo rodzina.
— Już
nie kombinuj, kochanie.— wtrąciła się babcia. — Jeśli oni się
się pozabijają to ty sama będziesz utrzymywać matkę na stare
lata.
— Czyż
babcia nie ma zawsze racji?
— Nienawidzę
was.— warknęła czarnowłosa, wstając. Wlekąc nogę za nogą,
zeszła po kamiennych schodkach na wyschnięty trawnik.
Wyschnięte
łodyżki trawy drażniły ją w stopy, w czasie rozmowy zdjęła
buty chcąc dać im odsapnąć. Noszenie trampek w upalne lato nie
było jej najlepszym pomysłem. Wystrzegała się jednak sandałów,
tłumacząc się modą.
— Bartek,
ogarnij swoje przydługie kończyny i uspokój się.— mruknęła
niezbyt miło.
— On
mi zabrał patyk!
— Nieprawda!
To on mi go zabrał!
— Kłamiesz!
— A
co mnie to obchodzi? Patyków macie tu pełno.
— To
był mój ulubiony patyk!
— Boszszz...
nie chcę wiedzieć.— złapała Krzyśka za tył koszulki i
odciągnęła od brata. — Ogarnijcie się, bo inaczej powiem Kamilowi
żeby się z wami nie bawił.
— Nie!— krzyknęli obaj i stanęli obok siebie.
— A
czemu nie?— spytała łapiąc się pod boki. Mimo, że byli
bliźniakami Krzysztof był niższy i pulchniejszy, z kolei Bartek
miał zadziwiająco długie kończyny przez co wyglądał jak hybryda
pająka i żyrafy.
— Bo
my jesteśmy grzeczni.
-Taa?
To o co się kłócicie?
— O
nic! Tylko nie mów Kamilowi.
— A
mi się wydaje, że jednak powiem.— jej kolega z klasy o jakże
pięknym imieniu Kamil, bardzo lubił bawić się z jej braćmi.
Oczywiste było, że nawet jeśli powie mu o tym zajściu to on i tak
nic sobie z tego nie zrobi.
— Będziemy
grzeczni.— obiecali, robiąc słodkie oczka.
— Przestańcie.
Zmiatajcie do domu.— westchnęła. Może i nie lubiła ich, ale gdy
robili psie oczka to nie potrafiła się nie zgodzić. Uśmiechając
się pod nosem, ruszyła w drogę powrotną.
— Co
im zrobiłaś?
— Szantaż
zawsze spoko.— wzruszyła ramionami i puściła mamie oczko.
。。。
Barbara
siedziała właśnie przy drewnianym stoliku, który zapewne jak
reszta domu, powinien znajdować się w Muzeum jako zabytek.
Drewniana powierzchnia nosiła na sobie ślady ostrza i papierosów,
była jednak idealnie zakonserwowana. Na nim walały się kolorowe
cienkopisy i kartki, na których rysowała dziewczyna. Jedną z jej
pasji był właśnie rysunek, gdy tylko miała okazję szkicowała
coś. Z czasem zaczęła także malować, ale wciąż wolała tą
pierwszą technikę. Świeczki paliły się dając żółte światło.
Z racji tego, że babcia wciąż zbierała na instalację
energetyczną ich dom, był istnym antykiem. Aby ogrzać pokoje
musieli palić w piecu, nie było normalnych lampek tylko te naftowe,
bądź świeczki. Nikomu oczywiście nie chciało zapalać się
świeczek na żyrandolu. Swojego czasu Basia nie rozumiała dlaczego
nikt nie pomyślał o tym wcześnie, włączniki światła były
przecież już w zabytkowych kamienicach ale w końcu zrozumiała, że
babcia stawia na historię. Wciąż znajdowały się tu pomieszczenia
dla służby, w których często ukrywali się bracia. Był to już
jedyny taki dom w okolicy. Tylko on nie został zburzony w czasie
wojny, czy w późniejszym czasie. Basia zmarszczyła brwi czując na
sobie czyjeś spojrzenie. Odwróciła się pośpiesznie a widząc
mamę w pidżamie stojącą w progu, omal nie krzyknęła.
— Czego
taką minę robisz? Gaś już to światło i idź spać.
— Mamoo,
są wakacje!
— A na zegarku trzecia w nocy.
— Ja tam problemu nie widzę.— wzruszyła ramionami, jednak odłożyła na bok swój notatnik.
— Dlatego właśnie zarejestrowałam cie do okulisty, a teraz spać.
— Tak jest, ser.— zasalutowała z kwaśną minął i podmuchem zgasiła świeczkę.
Kobieta przymknęła drzwi i odeszła. Niepocieszona Barbara zaległa na łóżku, które lata swej świetności miało jakieś stulecie temu i pozwoliła swoim myślą wybiec spod ram codzienności. Te ruszyły od razu ku przeszłości, galopem, jakby były karocą ciągniętą przez konie. Stukot kopyt uderzających o bruk, rozniósł się w jej głowie niczym pękająca bańska i otumanił. Delikatne powiewy wiatru kołysały ją do snu a obrazy wiszące na ścianach spoglądały na nią z ciekawością. Niedługo potem zmorzył ją sen.
*Pokolenie
Kolumbów – rocznik 1920 i późniejsze, których okres wchodzenia
w dorosłość trwał podczas okupacji.
