Tekst

sobota, 3 października 2015

Jeden






Takie ceny to ja ostatnio widziałam na wyprzedaży u Gucci'ego.— stwierdziła dziewczyna, obracając w dłoniach nóż długości przedramienia. Rękojeść była owinięta ciemną skórą z bydła, głowica i jelec były odlane z żelaza bądź z mosiądzu, dziewczynie trudno było zgadnąć, ostrze idealnie wyważone, finezyjnie zagięte u szczytu. Czarnowłosa podniosła zgiętą w łokciu rękę na wysokość barku i trzymając za rękojeść wyprostowała szybko rękę, udając, że rzuca nożem. — Rozumiem, że to antyk ale bez przesady.



Masz racje.przyznała staruszka tuż obok. Wiesz, kochanie... na takich jarmarkach często starocie sprzedają Niemcy. Najpierw ograbili nas ze skarbów narodowych a teraz sprzedają nam je w kosmicznych cenach. Za grosz uczciwości.jej twarz usiana zmarszczkami, wykrzywiła się w grymasie obrzydzenia, gdy mijały kolejne stoiska.



To jak ten żart: ,,Czemu Polacy wyjeżdżają do Niemiec? Bo tam są dobytki ich rodzin"



Tym to akurat mogłabyś kogoś obrazić. Jak dobrze wiesz ja popieram obgadywanie za plecami ale tylko w morowym towarzystwie. Żadnych kapusiów.zamachnęła się ręką, a wnuczka z przyzwyczajenia zrobiła unik. Za to mężczyzna za nią już tego nie uczynił.



Ozdobiona bliznami i plamami, ze starości, dłoń kobiety wylądowała na twarzy mężczyzny wydając przy tym zadziwiająco głośny odgłos ciamkania. Zapanowała cisza, tłum zdawał się obserwować całą sytuację i pomimo, że jeszcze przed chwilą ludzie gnali przed siebie jak antylopy, popychając się pośpiesznie, teraz patrzyli się na obiekt płci brzydkiej w ciemnym garniturze. Stał on jak wryty w ziemię z mocno zaciśniętymi oczami i szczękom, aż na jego szyi uwydatniły się żyły. Granatowy garnitur, skrojony na miarę, kosztujący miliony, biała koszula i idealnie wypolerowane lakierki oraz burza jasnych włosów uświadomiły Barbarę, że przed nią stoi nie kto inny jak najbogatszy z mieszkańców tej wioski.



O, nie! Przepraszam Pana najmocniej!babcia wydała z siebie zduszony świst.



Tak właśnie wygląda miasto po tym jak wpuszcza się do nich chłopów.warknął barytonem. Otworzył oczy z gniewem lustrując teraz dwie kobiety przed sobą.Jarzeniowska. Przypomnij mi... czyż prawdą jest to, że twoja matka popełniła samobójstwo?zapytał kpiąco.



Prawda, jednak nie sadzę, że musi pan wciskać w nasze rodzinne sprawy, swój krzywy nochal. Pamiętam jak za młodu tak przywaliłam Hansowi w nos, że aż chrupnęło. Tę cechę chyba odziedziczyłeś po nim.



Wypraszam sobie!jego twarz nabiegła krwią.



Pff, jak ty się do starszych odnosisz? O ile pamiętam to mieszkańcom kraju, tuż przy naszej lewej granicy, bardzo zależy na hierarhii w rodzinie i przy tym o poprawne odnoszenie się do nich.



Stara baba gada bez składu i ładu!



Srutu, tu, tu, pęczek drutu.



Niech ktoś wezwie egzorcystę, bo ta kobieta jest opętana.zwrócił się do tłumu gapiów, ale ci stali tylko sztywno, jakby ich nogi zapuściły korzenie.



Co? Taki duży chłopczyk jak ty nie potrafi sobie sam poradzić? O ile pamiętam, twój ojciec zachowywał się zupełnie inaczej.

— Pani sobie chyba nie zdaje sprawy kim ja jestem...

— Ooo, dobrze wiem. Toż cię na chrzcie uspokajałam boś płakał. Darłeś się wtedy nieziemsko.pokręciła nosem. Już tamtego dnia wiedziałam, że nic nie będzie tak jak trzeba.

— Zamknij się kobieto.


O nie, kochasiu!babcia pokiwała energicznie głową na boki, wskazując mężczyznę bladym palcem. Aż prosisz się o baty a uwierz mi - ja nadal mam siłę w tych ramionach.uniosła ręce do góry napinając mięśnie jak prawdziwy strongmen. Basia zakryła usta dłonią, aby zdławić śmiech.



W tych sflaczałych oponach?



A chcesz się przekonać?!zbliżyła się, naśladując jego głos. Chcesz?



Parę osób zaczęło się śmiać. Tłum jakby ożył i teraz wszędzie unosiły się szepty, przytłumione chichoty i stukot obcasów o kocie łby, którymi była wysadzana ulica. Jak za dotknięciem różdżki ludzie znów ruszyli w swój opętańczy pościg za dniem.



Czasami jest tak, że przeszłość prześladuje nas na każdym kroku. opuściła ręce wzdłuż pasa. Jednak jeden uśmiech potrafi przegonić więcej zła, niż ci się wydaje.



Nie pieprz głupot.spojrzał na zegarek. Cholera, przez ciebie spóźnię się!krzyknął i wyrwał do przodu niczym błyskawica. Potrącił czarnowłosą, jednak tej udało ustać się w miejscu.



Jej.... to było świetne.uśmiechnęła się szeroko, obejmując babcię za szyję. Jesteś najlepsza!



Już, już wnusiu. Nie ekscytuj się tak. poklepała ją po plecach.Nie najlepsza to była sytuacja.



Najlepsza, z najlepszych! Dopiekłaś temu staremu idiocie!



Nie.powiedziała stanowczo. Nie chciałam go urazić, jedyne co mam na celu już od wielu lat, to przekonać go wreszcie, że życie jest piękne.



Nie rozumiem.



I nie zrozumiesz dopóki nie dowiesz się, co wydarzyło się prawie 90 lat temu.mruknęła odwracając ją i popychając w tylko sobie znanym kierunku.





Jak kobieta sama wcześniej przyznała - posiadała w tym wieku niespodziewaną siłę. Wciąż czuła się młodo, jej pamięć nie szwankowała a sprawność jej ciała zaskakiwała niejednego. Na co dzień chodziła w sukienkach za kolano, w ładne kwieciste wzory, które szyła sama. Do tego perłowe klipsy i okulary w srebrnej oprawce. Barbara podziwiała swoją babcię, jej humor, niebanalny sposób myślenia, błyskotliwość i chęć do życia, którą wręcz emanowała. Była dla niej wzorem, kimś na kogo chciała wyrosnąć. Dlatego też z niepokojem obchodziła każde kolejne urodziny, bojąc się, że w końcu jej zabraknie.


Ławka, na której przysiadły, znajdowała się tuż pod płaczącą wierzbą. Jej smukłe gałęzie opadały kaskadą w duł, łaskocząc je swoimi liśćmi. Słońce rzucało świetlne refleksy, tworząc witraż barw na szarej powierzchni chodnika. Trawa była już wyschnięta, kolejny dzień pełen suchego wiatru i temperatury powyżej dwudziestu ośmiu stopni, nie sprzyjały jej, powodując obumieranie. Nawet gdy niebo raczyło ziemię dawką deszczu - było to wciąż za mało, aby nasycić rośliny na dłużej. W tym miejscu choć wiało, liście trzepotały delikatnie, to nie czuć było chłodu. Spocona podkoszulka przyklejała się do ciała dziewczyny, powodując u niej irytację.



Więc?



To długa historia. Nie jest ona i tak sednem tej sprawy, ale moi rodzice milczeli aż po grób.wyjaśniła cicho, spoglądając przed siebie.



Sednem jakiej historii? Mama mi o niczym nie opowiadała.zaperzyła się.

— Bo ona o niczym nie wie. Im mniej osób w ogóle wiedziało, tym lepiej. Dlatego to co mam zamiar ci powiedzieć, musisz zatrzymać dla siebie. Żadnego opowiadania braciom czy zwierzania się koleżanką. Zgoda?

— No, okej. Przecież wiesz, że jak trzeba to potrafię milczeć.

— Wiem, wiem. Kiedy się urodziłam, to był ten sam rok gdy polacy wygrali z bolszewikami, był 1920. Mój ojciec brał udział w pierwszej wojnie światowej, został kaleką, po jednym z wybuchów odłamki poszarpały mu nogę. Matka ten czas spędziła na wsi, pełna wiary, że Polska odzyska niepodległość, przygotowywała rodzinny dom. Wcześniej został on częściowo zniszczony. W odbudowie pomagała rodzina mieszkająca obok, skryli się aby nie brać udziału w wojnie. Jak później się okazało, byli pochodzenia niemieckiego. Więc gdy tylko wojna się skończyła, ojciec wrócił do domu. Sąsiedzi pomagali moim rodzicom w potrzebie, zawsze byli gotowi oddać nam kawałek chleba czy drewno na opał. Miałam jedenaście lat gdy na świat przyszedł Alfred. To było piękne lato, cztery lata przed wojną. Ludziom zdawało się, że wreszcie mogą korzystać ze szczęścia. Jednak w trzydziestym dziewiątym wybuchła po raz kolejny wojna. Zaczynało robić się niebezpiecznie, trzeba było uważać na to co się mówi i co się robi. Hans, ojciec Alfreda choć dostał propozycję dołączenia do SS, odmówił. Nie rozumiałam do końca co dokładnie zaszło wtedy w ich domu, ale już następnego dnia wszystko się zmieni. O ile wcześniej byli traktowani jak każdy Niemiec, teraz pastwili się nad nim tak jak nad nami. Kazali mu ciężko pracować, zabronili mówić po Polsku a nawet podbierali im jedzenie czy drewno na opał. Hans i Maria znosili to dobrze, oni od początku nie popierali polityki Hitlera, byli jej przeciwni ale ich syn znosił to o wiele gorzej. Jako, że musiał chodzić do Niemieckiej szkoły, był wyśmiewany i szykanowany. Dla ośmiolatka to było zbyt wiele. Już wtedy znienawidził swoich rodziców. Miarka przebrała się jednak, gdy jego rodzina pod swój dach przyjęła uciekających Żydów. Wydał ich.

— Jak to? Dlaczego?!- Basia nie rozumiała.

— Po prostu miał nadzieję, że w ten sposób zabłyśnie wśród kolegów i ich rodzin. Gdy rozstrzelano ich na oczach całej wsi – Alfred zrozumiał co zrobił. Jego samego wyrzucili ze szkoły, nie stał się wzorem do naśladowania, uczniowie szkoły bali się go. Został sam, bez niczego, nawet bez dachu nad głową. Było jednak za późno, ja i moja rodzina zostaliśmy przesiedleni, choć żołnierze usiłowali zmusić moich rodziców do przygarnięcia Alfreda, nie zrobili tego. Motywowali to przed nimi, że nie zamierzają mieć nic wspólnego z konfidentem, nie chcą takiego dziecka, on to słyszał, płakał i prosił ale my byliśmy nie ugięci. Nie widziałam go długi czas, nawet po wojnie nie mogłam go znaleźć. Na początku wspomnienia o moim dawnym towarzyszu zabaw, napełniały mnie wstrętem ale z czasem zrozumiałam go. Próbowałam go więc odnaleźć ale gdy to mi się udało, to nie był już taki sam człowiek.

— Załamał się?

— Wręcz przeciwnie.— pokręciła głową, i zrobiła minę jakby nad czymś mocno się zastanawiała. — Kiedyś na pewno był załamany. Jednak to z czasem zmieniło się na gniew. Nienawiść do mnie, i moich rodziców. Nie rozumiem jednak dlaczego wciąż mieszka w Polsce. Skoro tak nienawidzi tego miejsca, powinien się stad wynieść a on wciąż tu mieszka.

— To nie logiczne.—  przyznała cicho, będąc pod wrażeniem opowieści. — A co później działo się z wami?

— Na początku przesiedlili nas niedaleko Warszawy. To był taki mały obóz przejściowy. Z pomocą ludzi, którzy tam mieszkali, mi i matce udało się uciec. Ojciec zbyt mocno wtedy chorował, moja mama nigdy nie wybaczyła sobie, że tam go zostawiliśmy. W tym czasie wstąpiłam do Szarych Szeregów, do AK. Dzięki temu otrzymałyśmy pomoc, nowe nazwiska, dokumenty, mieszkanie. Zbierałam dla nich informację i przechowywałam broń. Matka była na to całkowicie obojętna, jakby jej w ogóle nie było. Wtedy myślałam, że to minie ale miało być gorzej. Gdy znałam już dzień, w którym wybuchnąć miało powstanie – kazałam matce uciekać. Powiedziałam jej, że na razie ma się gdzieś zaszyć ale jak tylko wojna się skończy, ma wrócić do rodzinnego domu.

— Brałaś udział w Powstaniu?

— Każdy w Warszawie brał, ale teraz to nie istotne. Z lekcji historii chyba wiesz jak to się skończyło, no nie?- pokiwała głową. — Gdy Powstanie upadało, przenieśli mnie z jednym z generałów na druga stronę mostu Poniatowskiego. Tym sposobem uratowali mi życie, bowiem wszyscy moi znajomi z oddziału zginęli. Wtedy też dowódca dał mi wybór, zdecydowałam się, że odchodzę. To uchroniła mnie przed prześladowaniami. Już orientowałam się, że po wojnie wcale nie musi być tak kolorowo jak myślałam na początku. Gdy wojna się skończyła wróciłam do domu, tam czekała na mnie już matka. Początkowo jej nie rozpoznałam, wyglądała tak staro, tak smętnie... później dowiedziałam się, że przez miesiące była ukrywana w jakiejś piwnicy. Ludzie powoli wracali... było ich znacznie mniej ale każdy witał się z uśmiechem. W swym czasie przygarniałam takie osoby do domu, nie mieli oni albo już domu albo zdążył tam zamieszkać już ktoś inny.

— Dlatego wszyscy zawsze się tak miło z tobą witają... to wszystko wyjaśnia...

— Twoja prababcia jednak nie wychodziła z domu. Dawni sąsiedzi a nawet jej ocaleni znajomi próbowali z nią rozmawiać ale ona ich ignorowała. Była już wtedy w ciężkiej depresji. Przyjęła tylko raz do siebie kobietę, która opiekowała się ojcem gdy my uciekłyśmy. Następnego dnia znalazłam ją martwą.

— O Boże.- Basia rozszerzyła oczy. Dotąd ani razu nie dane było jej posłuchać tej historii. Babcia stroniła od zwierzeń i wszystko co o niej wiedziała, to to co mówiła jej mama.

— Proszę nie myśl sobie, że jestem nie czuła ale dobrze, że odeszła. Usychała z tęsknoty wiele lat, z tego powodu ja także czułam się coraz gorzej.

— Nie tęskniłaś?

— Oczywiście, że tak. Płakałam każdej nocy, ukryta pod pierzyną, płakałam także wcześniej – w Warszawie, podczas powstania. Zawsze tęskniłam. Jednak byłam też szczęśliwa – po tylu latach mogli wreszcie zażyć spokoju w niebie. Nie musieli martwić się już światem śmiertelników.

— Byli wreszcie wolni.

— Dokładnie, ale Alfred uczepił się tego jak rzep psa.—  pokręciła głową. — Nie wiem już jak mam do niego przemówić.

— Najlepiej nic nie mów. Jego matka i ojciec byli wspaniali a on, można powiedzieć, zepsuł dobre imię ich rodziny.

— Może tak, może nie. Tak sobie teraz myślę, może jest już za późno na to aby cokolwiek zmienić? Kiedyś ustanowiłam to moim życiowym celem ale teraz to chyba straciło sens.

— Nigdy na nic nie jest za późno. Zawsze da się coś zrobić, zawsze. Nawet jeśli wszystko ma się później spieprzyć.

— Tak jak Powstanie.

— Dokładnie tak, jak Powstanie. Walcz do końca i się nie poddawaj.—  przytuliła ją. — To piękna opowieść ale i pełna bólu.

— Dobrze, że ty nie musisz tego przeżywać wnusiu.—  westchnęła obejmując ją. — Dobrze, że ty nie jesteś Kolumbem*...

。。。

Gdy Basia razem z babcią wchodziły do mieszkania słońce powoli zachodziło, a niebo było w odcieniu ciemnego różu. Krzysiek i Bartek bawili się na trawie, udając samoloty a mama siedziała na tarasie i opalała się, czytając jakieś kobiece pismo. Na stoliku obok stała wysoka szklanka ze słomką i pomarańczową cieczą. Pomachała im z uśmiechem, zapraszając je.

— I jak tam było? Znalazłyście coś ciekawego?

— Same sknery tam sprzedają.

— Mają kosmiczne ceny, mamo.—  Barbara usiadła na jednym z krzeseł. — Fajne rzeczy ale wygórowane ceny.

— To prawda.- starsza z kobiet pokiwała głową. — Dom byśmy sprzedały i by nam nie starczyło.

— No to naprawdę nie ciekawie.—  przyznała Honorata, bo tak nazywała się matka trójki dzieci.

Miała czarne, krótkie włosy, zielone oczy i ciemne piegi na twarzy. Jej spojrzenie potrafiło zwalać z nóg a uśmiech, zarażał niejednego. Nie była chuda, po zimie przytyła parę kilogramów ale była kobietą wyzwoloną i kochała siebie taka jaką jest. Siedziała więc w bikini na leżaku z rozpłaszczonymi udami i z jednym wałeczkiem na brzuchu. Basia pozwalała sobie tego z grzeczności nie komentować. To oczywiście jej nie przeszkadzało, ale niezbyt chciała aby w takim stanie widziały ją ich sąsiadki. Może i mieli własny, duży domu ale tuż obok znajdowały się inne budynki, nie ogrodzone, które zamieszkiwali najczęściej starsi ludzie. A oni wprost uwielbiali plotkować, kobieta z trójką dzieci, która wprowadziła się do matki była więc dla nich nie lada sensacją. Niektórzy mówili, że jej mąż zmarł, inni, że przez lata była prostytutką i nabawiła się dzieciuchów. Barbara parskała na coraz to nowsze pomysły śmiechem, po prawda była prostsza niż drut. Rozwód to rzecz przeciętna, teraz więcej ludzi rozwodzi się niż żeni. Ponad 70% małżeństw w ciągu paru lat stwierdza, że ich partner zdradza go. Niektórzy rozwodzą się z błahych powodów – ktoś za rzadko jest w domu, pieniądze znikają z konta, kochanka, a nawet zwykłe nie opuszczanie deski po załatwieniu swoich potrzeb w łazience. Ich ojciec stwierdził po prostu, że trójka bachorów to jednak za dużo na głowie, spakował walizki i złożył pozew do sądu.

Basia nie zdziwiła się, że ich mama wręcz z uśmiechem na ustach przyjęła tą sytuację. Od dawna, bowiem twierdziła już, że między nimi nie ma tej mięty i woli się przeprowadzić. Może i dziewczyna lubiła swojego tatę, świetnie opowiadał bajki i można było z nim nieźle po polemizować, to gdy odchodził sama pomogła mu się spakować. Stare mieszkanie w bloku sprzedali jakimś studentom po połowie ceny i zabierając swoje rzeczy, przeprowadzili się do rodzinnego domu. Był jeszcze przed wojenny, wnętrze mieszkania babci utrzymane w niemal salonowym stylu, budziło podziw. Mieszkała na parterze, zostawiając całe piętro do dyspozycji córki i wnuków. Jako, że dom był stary, dużo trzeba było naprawiać. To była kolejna z zalet babci – sama dawała sobie rade ze wszystkim. Nie musiała wzywać hydraulików, sama naprawiała rury, potrafiła spawać, malować, budować i jeszcze wiele innych czynności, które były symbolem męskich zawodów. Równocześnie także świetnie gotowała, jej potrawy były wyśmienite i nie ograniczała się tylko do kuchni Polskiej. Sushi stało się ostatnio jej pasją.

— Dlatego właśnie ja tam nie łażę. Iwona dzisiaj mi mówiła, że Alfred Hoga dał pieniądze na budowę muzeum w naszym mieście.

— Tak? A to nie słychane.—  zadziwiła się szczerze babcia.

— Muzeum? Mało tego w Warszawie jest?—  narzekała czarnowłosa.

— Muzeów nigdy nie za wiele.

— Na razie nie wiadomo jaką będzie miał zawartość. Podobno to ma być tajemnica aż do otwarcia.

— Wyda się prędzej czy później. A była dziś Kasia?

— Nie. Nikt do nas nie dzwonił. Zresztą widziałam ją jakiś czas temu z takimi lafiryndami... Krzysiek, nie bij go po twarzy! Co za dzieciaki.—  wymamrotała.

— Niech się bawią. Dorosłość może na nich poczekać.—  nie zgodziła się najstarsza wiekiem.

— Mamo, oni mają po dziesięć lat a dalej bawią się samochodzikami jak pięciolatki.

— A myśli, że co? Oni dalej są dziećmi, więc to oczywiste, że się bawią. Haniu, dziecko drogie, nigdy nie zabieraj dziecku możliwości zabawy, to zbrodnia.

— Inne dzieciaki zachowują się inaczej.

— Tak? A czy ja cię wychowywałam jak te wszystkie babki z sąsiedztwa?

— Nie, ale przez to wylądowałam tu gdzie jestem.

— Jesteś szczęśliwa?

— No... tak.—  odpowiedziała po długim namyśle. Choć w jej życiu nie przelewało się – mąż odszedł, została aktualnie bez pracy, to pomimo wszystko była szczęśliwa. Nie żałowała niczego co ją w życiu spotkało.

— I widzisz? Babcia ma zawsze rację.—  wyszczerzyła się Basia.

— Ty się nie wymądrzaj.—  warknęła w stronę córki. — Cholera! Baśka, rozdziel ich!—  krzyknęła widząc jak Krzysiek i Bartek okładają się pięściami na trawie.

— Muszę? Może wreszcie się pozabijają.

— I widzisz? Zero zintegrowania.—  zwróciła się do matki. — A ty nie kombinuj! Maszeruj do nich, bo ci kieszonkowe obetnę.

-Ty mi nawet ich nie dajesz.—  zauważyła błyskotliwie dziewczyna, wciąż patrząc jak bliźniaki tarzają się po trawie. -Ja jakoś nie widzę potrzeby interweniowania.

— Ty nigdy nic nie widzisz. Tak samo było, gdy utknęłam w lesie a ty sobie poszłaś dalej. Czy tobie w ogóle zależy na rodzinie?

— Zdefiniuj słowo rodzina.

— Już nie kombinuj, kochanie.—  wtrąciła się babcia. — Jeśli oni się się pozabijają to ty sama będziesz utrzymywać matkę na stare lata.

— Czyż babcia nie ma zawsze racji?

— Nienawidzę was.—  warknęła czarnowłosa, wstając. Wlekąc nogę za nogą, zeszła po kamiennych schodkach na wyschnięty trawnik.

Wyschnięte łodyżki trawy drażniły ją w stopy, w czasie rozmowy zdjęła buty chcąc dać im odsapnąć. Noszenie trampek w upalne lato nie było jej najlepszym pomysłem. Wystrzegała się jednak sandałów, tłumacząc się modą.

— Bartek, ogarnij swoje przydługie kończyny i uspokój się.— mruknęła niezbyt miło.

— On mi zabrał patyk!

— Nieprawda! To on mi go zabrał!

— Kłamiesz!

— A co mnie to obchodzi? Patyków macie tu pełno.

— To był mój ulubiony patyk!

— Boszszz... nie chcę wiedzieć.— złapała Krzyśka za tył koszulki i odciągnęła od brata. — Ogarnijcie się, bo inaczej powiem Kamilowi żeby się z wami nie bawił.

— Nie!—  krzyknęli obaj i stanęli obok siebie.

— A czemu nie?—  spytała łapiąc się pod boki. Mimo, że byli bliźniakami Krzysztof był niższy i pulchniejszy, z kolei Bartek miał zadziwiająco długie kończyny przez co wyglądał jak hybryda pająka i żyrafy.

— Bo my jesteśmy grzeczni.

-Taa? To o co się kłócicie?

— O nic! Tylko nie mów Kamilowi.

— A mi się wydaje, że jednak powiem.—  jej kolega z klasy o jakże pięknym imieniu Kamil, bardzo lubił bawić się z jej braćmi. Oczywiste było, że nawet jeśli powie mu o tym zajściu to on i tak nic sobie z tego nie zrobi.

— Będziemy grzeczni.—  obiecali, robiąc słodkie oczka.

— Przestańcie. Zmiatajcie do domu.—  westchnęła. Może i nie lubiła ich, ale gdy robili psie oczka to nie potrafiła się nie zgodzić. Uśmiechając się pod nosem, ruszyła w drogę powrotną.

— Co im zrobiłaś?

— Szantaż zawsze spoko.—  wzruszyła ramionami i puściła mamie oczko.

。。。

Barbara siedziała właśnie przy drewnianym stoliku, który zapewne jak reszta domu, powinien znajdować się w Muzeum jako zabytek. Drewniana powierzchnia nosiła na sobie ślady ostrza i papierosów, była jednak idealnie zakonserwowana. Na nim walały się kolorowe cienkopisy i kartki, na których rysowała dziewczyna. Jedną z jej pasji był właśnie rysunek, gdy tylko miała okazję szkicowała coś. Z czasem zaczęła także malować, ale wciąż wolała tą pierwszą technikę. Świeczki paliły się dając żółte światło. Z racji tego, że babcia wciąż zbierała na instalację energetyczną ich dom, był istnym antykiem. Aby ogrzać pokoje musieli palić w piecu, nie było normalnych lampek tylko te naftowe, bądź świeczki. Nikomu oczywiście nie chciało zapalać się świeczek na żyrandolu. Swojego czasu Basia nie rozumiała dlaczego nikt nie pomyślał o tym wcześnie, włączniki światła były przecież już w zabytkowych kamienicach ale w końcu zrozumiała, że babcia stawia na historię. Wciąż znajdowały się tu pomieszczenia dla służby, w których często ukrywali się bracia. Był to już jedyny taki dom w okolicy. Tylko on nie został zburzony w czasie wojny, czy w późniejszym czasie. Basia zmarszczyła brwi czując na sobie czyjeś spojrzenie. Odwróciła się pośpiesznie a widząc mamę w pidżamie stojącą w progu, omal nie krzyknęła.

— Czego taką minę robisz? Gaś już to światło i idź spać.

— Mamoo, są wakacje!

— A na zegarku trzecia w nocy.

— Ja tam problemu nie widzę.— wzruszyła ramionami, jednak odłożyła na bok swój notatnik.

— Dlatego właśnie zarejestrowałam cie do okulisty, a teraz spać. 

— Tak jest, ser.—  zasalutowała z kwaśną minął i podmuchem zgasiła świeczkę. 

Kobieta przymknęła drzwi i odeszła. Niepocieszona Barbara zaległa na łóżku, które lata swej świetności miało jakieś stulecie temu i pozwoliła swoim myślą wybiec spod ram codzienności. Te ruszyły od razu ku przeszłości, galopem, jakby były karocą ciągniętą przez konie. Stukot kopyt uderzających o bruk, rozniósł się w jej głowie niczym pękająca bańska i otumanił. Delikatne powiewy wiatru kołysały ją do snu a obrazy wiszące na ścianach spoglądały na nią z ciekawością. Niedługo potem zmorzył ją sen.




*Pokolenie Kolumbów – rocznik 1920 i późniejsze, których okres wchodzenia w dorosłość trwał podczas okupacji.