Tekst

sobota, 18 lipca 2015

Złośliwość rzeczy martwych #2

A/N: O to druga część ZRM! Jestem niesamowicie szczęśliwa, że poprzednia część aż tak się wam spodobała. Sądzę, że 3 part pojawi się dopiero w sierpniu. Mam do was pytanie – czytalibyście yaoi z pairingiem STEREK? Ktoś ogląda Teen Wolf? Jeśli tak – piszcie w komentarzach :)

  Za oknem właśnie padało, gdy Tao obudził się. Był otumaniony, wokół niego roztaczał się kojący szum kropel, które spadały na szybę okienną oraz ciepły i puchaty kokon kołdry. Czuł się dobrze, wręcz fantastycznie, jakby wszelkie troski i zmartwienia odeszły. ZiTao bardzo lubił poranki, kiedy jeszcze otulony ramionami Morfeusza tonął w morzu ciepłej bieli, nie istniało nic oprócz jego samego. Szczęśliwego i nieświadomego. Ten stan zawsze burzyły budziki czy też mamy krzyczące aby dzieci wstawały. I pomimo, że Tao kochał biegać i ćwiczyć, to jednak zdecydowanie leniuchowanie w łóżku wygrywało. Dopiero gdy zaczął się rozciągać, próbując poruszyć nogami wrócił do rzeczywistości. Kołdra stała się nagle kawałkiem zimnej szmaty a błogość uleciała wraz z dobrym samopoczuciem. I tak było codziennie - w strugach deszczu, czy też w promieniach słońca, uświadamiał się po raz kolejny, że do wypadku doszło naprawdę. Kiedyś Tao pocieszał się jeszcze, że to przecież nie koniec świata. Jednak z czasem tracił wiarę w możliwość odzyskania całkowitej sprawności. Przestał już nawet słuchać pokrzepujących przemówień mamy, ponieważ ta dalej wierzyła, ze cud nastąpi. Huang się nie łudził, cie chciał po raz drugi zostać rozczarowany. Nie karmił się już więcej kłamstwami.

Leżąc dalej w łóżku, jego myśli powróciły do dnia wczorajszego. Pełnego niespodzianek. Nigdy nie wybaczy swojej mamie, że ta nie powiadomiła go o zmianie rehabilitanta. Przez to odstawił szopkę, ośmieszając się przy tym przed przystojnym studentem. Tao od zawsze interesowali mężczyźni w ten, jedyny, intymny sposób. Może to zasługa wielu godzin spędzonych na treningach wu-shu z wysportowanymi trenerami. Huang nie znał do końca przyczyny, ale to nie było mu potrzebne do zaakceptowania samego siebie. Wu YiFan zauroczył go. Sprawił, że cały czas czerwienił się chcąc zapaść się pod ziemię, równocześnie chcąc wciąż z nim rozmawiać. Był przystojny i wysportowany, znał się na medycynie i potrafił rozśmieszać ludzi. Dla ZiTao był to ideał faceta, na którego czekał całe życie. I może próbowałby z nim flirtować czy zaprosić go na randkę, jednak po wypadku przestał być dobrą partią dla kogokolwiek. Bo kto by chciał chłopaka na wózku inwalidzkim, nie mogącego zrobić wielu rzeczy? Zapewne tylko wariat.
Nie rozmyślając dłużej, Tao podniósł się do siadu aby następnie przesiąść się na wózek. Poranna toaleta zawsze była najgorsza - jego mama chcąc mu pomóc, zawsze sprawiała jeszcze więcej kłopotów. I choć ją kochał i dziękował bogu właśnie za nią, to jednak musiał ją wypraszać z łazienki. Westchnął cierpiętniczo, chcąc być już na występie Chena. Byle do szesnastej...


。。。

  Kyungsoo przesuwał palcem po ekraniku smartfona Jongin, zastanawiając się jak ten mógł go zapomnieć. Na co dzień pilnował go jak oka w głowie a teraz wychodząc do szkoły tak po prostu o nim zapomniał... D.O westchnął odkładając go na bok. Za nie całą godzinę musiał iść do pracy a zupełnie mu się nie chciało. Stres Jongina przed maturą, udzielił się i jemu. Chciał aby młodszy napisał egzaminy jak najlepiej ale przecież nigdy nie wiadomo z jakiego zakresu będą pytania. Starał się więc poświęcać każdego dnia dwie godziny dla młodszego, aby powtarzać z nim materiały. Jednak wiadomo, Kai nieraz wracał do domu zbyt zmęczony po treningu. D.O odpuszczał mu w tedy, robiąc mu ciepły posiłek. Wieczór spędzali wciśnięci w kąt kanapy, rozmawiając szeptem. Czasami tylko, gdy Baekhyun i Chanyeol robili sobie maraton filmowy, przenosili się do pokoju Kyungsoo. Bowiem drzwi od pokoju młodszego wyleciały z zawisów, po ostatnich wygłupach z Chanem. Tak mieli ciszę i spokój - coś na czym obu bardzo zależało.

D.O z natury był osoba cichą. Lubił spokój, który wykorzystywał na dokształcanie się. Często czytał książki po angielsku czy chińsku. Starał się być niezależny i samowystarczalny. Otaczał się jednak zupełnie różnymi od siebie ludźmi. Zamiast znaleźć sobie grono szkolnych kujonów, on wylądował w paczce snobów, którzy preferowali raczej ostrzejsze klimaty. Xing, aktualnie student Akademii Sztuk Pięknych, wieczny marzyciel, osoba, którą niełatwo wyprowadzić z równowagi - był jedną z bliższych osób dla D.O. Chińczyk był świetnym słuchaczem. Wu YiFan studiował medycynę - po tym jak grając w koszykówkę nabawił się kontuzji a jego plany legły w gruzach, wrócił do Korei aby zacząć nowe życie. Często zachowywał się jak gbur, jednak i tak jego śmiech był słyszany najczęściej. To on pracował na samym początku jako barman aby opłacić czynsz za mieszkanie, które wynajmowali. Można powiedzieć, że przez pewien czas był dla nich jak matka.
Xiumin i Luhan byli jak odbezpieczony granat przeciw pancerny, który w ręku dzierżył chory na parkinsona. Bowiem jeśli dawało im się choć odrobinkę czasu wolnego - zaczynali szaleć i nie sposób było ich zatrzymać. Na co dzień pilni studenci politechniki Seoulskiej, których wiedza wykraczała za normy dotychczas ustalone a po godzinach gorący kochankowie.
Zupełnym jego przeciwieństwem był Kai. Radosny dzieciak z sąsiedztwa, którego konikiem był taniec. Często wygłupiał się z Chanem czy Tao. Cieszył się życiem, wyciągał z niego tyle ile mógł równocześnie starając się być dobrą osobą. Kyungsoo był dla niego nie tylko osobą, która zawsze gotowa była pomóc mu w lekcjach. Nie. Dla Jongina chłopaka ten był ostoją, całym światem. To właśnie dla niego starał się być lepszą osobą - przyłożył się porządnie do nauki oraz do tańca. Chciał mu w ten sposób udowodnić, że jest jego wart. Ale D.O podziwiał Kaia. Za jego siłę , odwagę i miłość jaką darzył zarówno jego jak i swoją rodzinę. Był niezłomny, ćwiczył każdy krok do utraty tchu. Nie wychylał się jednak przed szereg, wiedział co to skromność. Okazało się także, że potrafi być nieśmiały. To był cały on - silne ciało i delikatna dusza.

  Właśnie w tym zakochał się Kyungsoo będąc całkowitym przeciwieństwem.
Wychodząc z mieszkania ściskał w dłoni telefon młodszego, czując dziwny niepokój. Dudniący w okna wiatr powodował narastający lęk. Deszcz luną z ołowianego nieba...

。。。

- pierwiastek ze stu... pomnożyć razy siedem milionów... dodać...

- Xiumin, skończyłeś już to zadanie? Chcę porównać wynik.

- Tak, wyszło mi siedemdziesiąt dwa miliony, trzysta cztery tysiące, pięćset dwa. — rudowłosy odchylił się na krześle chcąc zobaczyć wynik Luhana.

- Bingo! — ucieszył się tamten całując go w policzek. — Jak tak dalej pójdzie to uda nam się skończyć ten projekt szybciej niż zakładaliśmy. — Luhan wstał rozciągając się. Siedzenie godzinami na twardym krześle w niewygodnej pozycji odbierało jakiekolwiek chęci do życia. Długie liczenie także było męczące i nawet oni, najlepsi na roku czuli się wyczerpani.

- Mmm jeśli tak, to na wakacje chcę pojechać do Japonii. Zabierzemy się całą paczką, może znajomi Jongina i D.O też pojadą?

- Fajnie by było. Ostatnie nasze wspólne wakacje skończyły się zanim jeszcze się zaczęły.
My wsiadamy do pociągu a tu klops... nie ma prądu! — Xiumin wyciągnął się na łóżku. — Te materace są takie nie wygodne. — narzekał.

- Za kilka miesięcy, gdy uzbieramy w końcu pieniądze, kupimy sobie mieszkan-

- Chcę domek, Z ogródkiem.

- Marzenia masz. — Xi położył się obok niego na wąskim łóżku.

- Nie. Naprawdę. — rudowłosy obrócił się opierając głowę na dłoni. — Wyobraź to sobie - mały domek na przedmieściach, Kyungsoo i Kai w domku na przeciwko, Kris jako nasz osobisty lekarz a Lay wykończył by wnętrza. Każdego wieczoru z kubkiem kawy, siadalibyśmy w ogródku i oglądali zachód słońca snując plany na nadchodzące lata.

- Ty mówisz na serio... — oczy blondyna rozszerzyły się do wielkości piłeczek pingpongowych. Xiumin patrzył się na niego z jakąś nadzieją, jakby chciał aby ten poparł ten plan. Jego ciche marzenie. Nie widząc odzewu położył się na plecach i westchnął.

  Luhan nie pierwszy raz widział jak jego chłopak pozwala sobie na puszczenie wodzy fantazji. Zazwyczaj jednak kończył speszony własną wyobraźnią i ckliwymi marzeniami. Jego oczy zdawały się gasnąć, delikatne iskierki nikły w zimnej kawie jakiego koloru posiadał tęczówki, postura zdawała się kurczyć. Czemu Minseok miał problemy z uwierzytelnianiem swojej osoby, do dziś nie mógł pojąć. Zawsze radosny, inteligentny, bystry potrafił w jednej chwili stać się małym kłębkiem nerwów, próbującym zapaść się pod ziemię.

- Nie ufam na tyle YiFanowi, żeby dać mu się leczyć. Prędzej by mnie otruł. — głos Luhana był miękki, pomimo jawnego sarkazmu. — Sądzę, że taki domek też w końcu znajdziemy.

-Naprawdę?

- Dla ciebie - zawsze. — ciepło, którym dzielili się było uczuciem, którego obaj szukali przez długi czas. Potrzebowali nie tylko drugiej połówki, z którą mogliby namiętnie spędzać każdą noc ale i zrozumienia.

- W takim razie możemy sobie pozwolić na chwilę przerwy. — zmysłowy głos Xiumina został poprzedzony przewróceniem Xi na plecy.

Ten parsknął jedynie śmiechem dając pieścić się swojej miłości. Minseok był naprawdę nieprzewidywalny ale pośród śpiesznych pocałunków i oddechów, które z ledwością opuszczały ich płuca, Luhan wiedział, że to jest to czego szukał całe życie.

。。。

  Jongin pociągnął nosem widząc kontem oka jak dziewczyna obok niego gromi go wzrokiem. Oprócz tego nieprzyjemnego pociągania, co jakiś czas także kaszlał co brzmiało raczej jakby jego płuca chciały wydostać się na wolność. Do tego czuł pulsowanie w skroniach i nie potrafił skupić się na lekcji. Praktycznie leżał na ławce nie będąc w stanie notować. Telepał się z zimna choć okna były pozamykane a tykający zegar sprawiał, że dostawał migreny. Oczy niebezpiecznie szczypały. Pragnął tylko wrócić do domu i zakopać się w pościeli, oglądając razem z Kyungsoo Pororo.

Gdy zadzwonił tak upragniony przez niego dzwonek, spakował się powoli mając wrażenie, że zaraz po prostu zamknie oczy i zaśnie. Najlepiej na wieki. Wstał powoli przeczuwając, że jeśli zrobiłby to szybciej to przed jego oczami pojawiłyby się mroczki. Szurając butami ruszył do wyjścia pod nieprzychylnym spojrzeniem nauczyciela Historii. Kładąc plecak na parapecie, zaczął szukać swojego telefonu. Tak bardzo chciał zadzwonić po swojego chłopaka aby ten po niego przyszedł, że omal nie usiadł z wrażenia gdy okazało się, że jego czarnego smartfona nie ma w torbie. Jego humor pogorszył się o ile to było jeszcze możliwe i klnąc pod nosem wyszedł z gmachu szkoły. Opatulił się szczelniej bluzą i wyszedł na szalejącą jesienną pogodę.

Zanim jeszcze dotarł pod altanę przystanku autobusowego przemókł do suchej nitki a czarny kot zdążył przebiec mu przed nogami dwa razy. Telepał się z zimna czekając na wybawienie. Po krótkim namyśle ruszył jednak w z dłuż ulicy idąc do cukierni Kyungsoo.
….

Kiedy stanął w progu cukierni, Jongin był już niemal pewny, że ma gorączkę. Krystal, jednak z kelnerek, gdy tylko go zobaczyła pobiegła na zapleczy za moment przyprowadzając D.O. Kai uśmiechnął się krzywo i strzepując wodę z grzywki podszedł do niego. W momencie, w którym otwierał już usta aby się z nim przywitać jego płuca znów zaprotestowały. Parę osób odwróciło się w ich kierunku a przerażony Kyungsoo objął go ramionami i zaprowadził na zaplecze.

- Krystal, bądź tak miła i przynieś mi apteczkę. — posadził Jongina na krześle i sam wyjął z szafki ręcznik.
- Ciebie to nawet na chwilę nie można zostawić samego. — starszy westchnął wycierając włosy młodszego.

- Chciałem do ciebie napisać ale ...-
- Zapomniałeś telefonu, wiem. Mam go ze sobą. Dziękuję. — końcówkę kierował do brunetki, która przyszła właśnie z apteczką.

- Pomyślałam, że przyniosę też suche ubrania. Trzymaj się młody. — puściła oczko Jonginowi zostawiając suche ubrania na krześle obok.

- Idź się przebierz a ja zrobię ci ciepłą herbatę. I nawet nie waż się teraz tłumaczyć! Śmigaj mi do szatni. — Kyungsoo nie chciał być niemiły ale widząc go w takim stanie, całego przemoczonego, siorbiącego nosem i kaszlącego od czasu do czasu, włączał się jego instynkt macierzyński.

Wyciągnął z wiszącej szafeczki biały kubek i wrzucił do niego paczuszkę z herbatą, następnie dorzucił krople zdrowotne. Nastawił wodę w czajniku i opierając się biodrem o blat czekał na Jongina. Wraz z cichym pyknięciem, sygnalizującym wyłączenie czajnika, Krystal wróciła z tacą i brudnymi filiżankami.

— Szef powiedział, że dziś nie masz nadgodzin. Szczęściarz z ciebie — jej głos został zniekształcony przez lecącą z kranu wodę. — Ten twój chłopak nadaje się na konkurs mokrego podkoszulka. Pilnuj go lepiej, bo zauważyłam już parę stałych klientek — tu zrobiła cudzysłów w powietrzu — które wodzą wzrokiem za Jonginem za każdym razem jak się tu pojawi.

- I mówisz mi o tym, bo?

- Bo wolę żebyś to ty go najpierw przeleciał a nie te dziunie z paznokciami jak szpony.

- Jesteś bezwstydna i wulgarna. — zauważył błyskotliwie starszy. Zalał kubek wrzątkiem do połowy.

- Wiem. Chyba dla tego wciąż szukam chłopaka.

- Zdecydowanie przez to. — potwierdził.

- O, właśnie! Minho, no wiesz, ten chłopak co pracuje jako barista w restauracji obok, chyba leci na naszego szefa. — entuzjastycznie wykrzyknęła Krystal. D.O uciszył ją patrząc za siebie czy nikt z klientów nie zwrócił na nich uwagi.

- Suho? No proszę cię, prędzej Chen pozna imię swojego nieznajomego wielbiciela.

- Oj no weź. Każdy potrzebuje miłości. Skoro ty możesz mieć takiego szczeniaka w swoim posiadaniu to dlaczego Suho nie może być czyimś kochankiem?

- Nie, zdecydowanie nie. Przez ciebie wyobraziłem to sobie. — machał przez chwile rękoma w powietrzu, przed twarzą. — Muszę umyć oczy domestosem.

- Jesteś paskudny. — wydęła wargi w dzióbek. — Nawet Tiffany stwierdziła, że to prawdopodobne!

- Krystal, nie chcę o tym słuchać. Naprawdę. To mnie zbyt przerasta.

- A weź idź. Na następny raz dam tym dziuniom numer twojego chłoptasia.

- Nie odważysz się!

- Jeszcze zobaczymy! — odkrzyknęła mu, będąc już na sali wypełnionej klientami.

- Na co chcesz patrzeć? — Kyungsoo odwrócił się patrząc na Jongina. Skinął na niego aby usiadł na krześle samemu siadając naprzeciwko.

- Bądźmy szczerzy – mam ochotę przetrzepać ci skórę za to, że nie wziąłeś chociażby parasolki ale z drugiej strony to urocze jaki potrafisz być zapominalski. — powiedział podając mu kubek z ciepłą cieczą.

- Uznam to za komplement. — pokiwał głową. Chuchając na herbatę.

- Uznawaj to za co chcesz. Jak wrócimy do domu to wepchnę w ciebie syrop cebulowo-czosnkowy.

- Nie- wychrypiał kaszląc.

- Tak, inaczej nie wyzdrowiejesz a ja nie chcę zostać zasypany gradem pytań od twojej mamy dlaczego ty jesteś chory. Osobiście wystarczy mi, że ty z nią rozmawiasz.

- Szydło wyszło z worka. — zaśmiał się cicho. — Niedługo zacznie się koncert Chena.

- Nie idziemy na niego, Jongin. Chyba po drodze cię piorun trzasnął jeśli sądzisz, że w takim stanie puszczę cię gdziekolwiek.

- Kyungsooo ale Chen nas potrzebuje! — wyjęczał robiąc słodkie oczka. — Obiecuję, że później wypije cały ten ohydny syrop.

- Jongin...-

- Nie jonginuj mi tu. Od tygodni czekałem na ten koncert, nawet powtórzyłem już całą chemię by nie musieć powtarzać jej właśnie dziś. A ty chcesz powiedzieć mi, że z powodu kaszlu i kataru nie mogę nigdzie iść?

- Mniej więcej — przyznał.

- W takim razie moja mama tak przypadkiem może jutro nas odwiedzić. Wiesz jest w pobliżu u cioci i..-

- Rozumiem, ty mały szantażysto. Pójdziemy ale przez cały weekend leżysz w łóżku.—

- Dziękuję. — Kai uśmiechnął się, wysyłając w powietrzy całusa do Kyungsoo. Jego chłopak nie mógł być lepszy...


。。。

  Od dłuższego czasu Chen stał za kulisami, patrząc przez czerwoną tkaninę na widownie. Z każdą kolejną minutą rosła liczba widzów a Jongdae nie mógł nic poradzić na to, że coraz bardziej się stresował. Każdy występ chłopak przeżywał tak samo - bał się, że coś pójdzie nie tak. Chociaż nie występował sam i gdyby stracił głos reszta chłopaków poradziłaby sobie świetnie, to dla niego równało się to z osobistą porażką. Czymś na co nie mógł sobie pozwolić. W ten sposób czuł się wewnętrznie przytłoczony.

Odchrząknął oczyszczając gardło i z ulgą przyjął wiadomość, że ta czynność już go nie boli. Najpierw sceptycznie podchodził do porad, których udzielił mu student. Jednak będąc na dwa dni przed koncertem, Jongdae był na tyle zdesperowany, że postanowił spróbować. Na efekt nie musiał długo czekać, bo już następnego dnia obrzęk i zaczerwienienie gardła znikło. Została mała chrypka, z którą wiedział już jak sobie poradzić. Huang i D.O cieszyli się razem z nim, w końcu i oni mieli już dość chodzącej kupki rozpaczy jaka w ostatnich dniach stał się Chen. Mogli szczęśliwi odetchnąć, że ten problem już ich nie dotyczy. Oczywiście nie chcieli też aby koncert ich przyjaciela okazał się klapą. Sami dostali bilety na niego i zamierzali skorzystać z okazji. Nauczyli się już wyłapywać każdą możliwą chwilę wytchnienia i wyciskania z niej najwięcej jak się da. Dla Jongdae było to też swojego rodzaju wsparcie, gdy śpiewał jego oczy głównie spoczywały na nich jakby z nieśmiałością i zapytaniem czy idzie mu dobrze. Ten spektakl był jednak wyjątkowy nie tylko dla niego ale i dla ZiTao. Miał to być jego pierwszy koncert na wózku inwalidzkim. Zazwyczaj ten radosny blondyn podbiegał do Chena od razu po zejściu za kulisy i gratulował mu obficie. Tym razem miało być inaczej.
....

  Gromkie brawa to coś co Jongdae słyszał po każdym występie. Wibrujący w uszach dźwięk, powstały na skutek zderzenia ze sobą dłoni. Głośny i uderzający o czaszkę, długo potem nie dawał o sobie zapomnieć. Przy pierwszych występach, Chenowi kręciło się w głowie, szum i emocje nie pozwalały mu na normalne myślenie. Kolorowe plamki skakały przed jego oczami a on nie miał pojęcia czy to wyobraźnia czy ludzkie głowy odbijające się od ziemi. Zdarzało mu się też zapomnieć o tym aby zejść ze sceny i zostawał na niej jak ostatni idiota. Tym razem jednak Jongdae zachowywał się już jak profesjonalista. Ukłonił się w pas słysząc oklaski, po czym za resztą chóru zszedł za kulisy. Uśmiechnął się szczęśliwy do Suzy, ich młodej pianistki i z radością przyjmował uściski chłopaków z chóru.

- Wasz występ był niesamowity, chłopcy. Osiągnęliście naprawdę wysoki poziom i z takimi umiejętnościami na pewno zakwalifikujemy się do międzynarodowego konkursu. — ich dyrygent, wysoki barczysty mężczyzna pogratulował im.

- To wszystko dzięki panu!

- To wasza zasługa. No dobrze, na dziś wam dziękuję. Widzimy się na następnych zajęciach! — Chen patrzył jak mężczyzna odchodzi. Kiwał się z boku na bok i w czarnym fraku z białą koszulą wyglądał jak pingwin.

- To niesprawiedliwe, że urodziłeś się z takim głosem. — Jongdae odwrócił się słysząc za sobą Jongina. Jego żartobliwa złość w głosie sprawiła, że jego uśmiech poszerzył się. Chłopak opierał się o wózek Tao i z przytłumionym uśmiechem patrzył na niego.

- Zgadzam się z młodym.— Huang przyznał mu rację przybijając z Chenem piątkę.

- Dobrze, że udało ci się pozbyć chrypy. Ten student to jednak przydatny jest. — Kyungsoo poklepał go po plecach. — Mam jednak nadzieję, że nie będziesz bardzo zły jeśli świętować będziemy w domu. Jongin ma gorączkę.

- Nic mi nie jest. — wymamrotał.

- Nawet ja widzę, że źle się czujesz. Nie musiałeś tu przychodzić, trzeba było zostać w łóżku.

- Teraz mi o tym mówisz?! — wystękał powodując u reszty śmiech.

- W takim razie zbierajmy się.

。。。

  Płótno schło na drewnianej sztaludze, w tle grała muzyka klasyczna ze śpiewem operowym a Xing czyścił pędzle z farby. Był pedantem nienawidził brudu, sprzątał za każdym razem gdy kończył malować. YiFan często się z niego śmiał, mówiąc, że czyści miejsce zbrodni ale Lay zbywał go swoim firmowym uśmiechem. Bo dla niego to faktycznie było porównywalne do zbrodni, o której nikt nie powinien wiedzieć. Oczywiście to nie tak, że był aż tak nieśmiały aby nikomu nie pokazywać swoich obrazów, tajemnicą, którą starał się zachować przed innymi był raczej sposób w jaki pracował. Jeszcze gdy mieszkali wszyscy razem -on, Kris, Luhan, Xiumin i D.O – wiadomo było, że jeśli nie wychodzi przez godzinę z pokoju to maluje. A już na samym początku zastrzegł, że zbędna publiczność go rozprasza. Dzięki temu mógł utrzymywać azyl swojej pracy. To też nie tak, że w jego pokoju podczas takich chwil znajdował się wielki bałagan czy osoby topless. Po prostu dla Xinga była to na tyle intymna sprawa, że pokazanie jej komukolwiek równało się z całkowitym oddaniem swojego ciała w czyjeś ręce.

I choć próbował już otworzyć się na ludzi i nie brać tych momentów tak dosłownie, zawsze coś go blokowało a on sam tracił wenę do malowania. Pieścił więc swoje zmysł w samotności, delektując się każdą minutą.

  Xing odłożył czysty pędzel do szklanki a paletę z zasychającymi resztkami farby położył na parapecie. Jeszcze gdy mieszkał w bloku, razem z chłopakami, zakrywał swoje obrazy płótnami przez co schły dwa razy dłużej. Teraz jednak mogły być one odsłonięte w całej swej krasie, ciesząc oczy i łechtając ego Lay'a. Na początku pierwszego semestru wybłagał jednoosobowy pokój czego zazdrościł mu Kris. Te w kółko narzekał na swojego współlokatora, który nieustannie grał w gry na komputerze i przeszkadzał Krisowi w nauce. Na współlokatora widocznie nie działało ani mordercze spojrzenie Wu ani jego prośby. Dlatego właśnie YiFana częściej można było znaleźć w akademickiej bibliotece niż w jego pokoju.

Z rozmyślań wyrwał Xinga dzwonek telefonu.

Słucham?
Siemasz Lay, masz czasu?
To zależy co chcesz, Kris.
Znasz może jakąś tanią księgarnie w okolicy? Potrzebuję pewnej książki a jak wiadomo – pieniądze na drzewach nie rosną.
To zbieraj się, spotkamy się przy tej fontannie co ostatnio. Zaprowadzę cię do antykwariatu, może być?
Jak najbardziej. Do zobaczenia.

Brunet pochwycił bluzę oraz parasolkę i wyszedł zamykając za sobą drzwi na klucz. Jeśli Kris coś chciał to to dostawał...


  Xing czekał przy fontannie na Chińczyka. Wiatr dął mocno powodując skwaszone miny u przechodniów a deszcz lał niemiłosiernie. Brunet z roztargnieniem czekał aż Kris raczy przyjść. Stanie pośrodku nieosłoniętego placu nie było zbyt ciekawą alternatywą dla dalszego malowania. Brunet zazwyczaj lubił taką pogodę, była niesamowicie inspirującą, wręcz nastrojowa i dzięki niej potrafił malować godzinami. Jednak wtedy była za oknem. Dokładnie tak, musiała oddzielać ich przezroczysta tafla szkła, tak aby Xing nie odczuwał warunków pogodowych panujących za nią. Tak samo zresztą było z porami roku – potrafił je uwiecznić w urzekający sposób dzięki ich indywidualnej magii jaką w sobie posiadały, jednak jeśli przychodziło do wyjścia na zewnątrz chłopak kręcił jedynie nosem. Ale YiFan widocznie robił mu na złość i perfidnie się spóźniał. Miał być to rewanż? Nie wiedział. A on sam stał z parasolką, która z boku na bok miotana była przez wiatr, moknąc coraz bardziej. Niestety także jego torba pomału stawała się ofiarą nawałnicy.
Chińczyk miał przeczucie, że jego narzędzia będą mu dziś jeszcze potrzebne ale z braku czasu wcisnął je do starej torby.


- Jestem.— wystękał zdyszany chłopak, pojawiając się znikąd

- Mówi ci coś słowo punktualność? — westchnął wyszarpując jedną ręką z torby drugą parasolkę.

- Skąd--

- Przeczucie. A teraz spinaj dupę i idziemy, bo ten antykwariat nie jest otwarty dwadzieścia cztery godziny na dobę.

- Dobra, dobra, rozumiem. Jesteś zły. Przepraszam.

- Przeprosiny przyjęte.

- Pisałeś już do tego swojego chłoptasia?

- Nie miałem czasu. Po za tym.. nie chcę aby myślał, że jestem jakimś zboczeńcem. — odpowiedział zdawkowo.

- To ile on ma lat? Nie mów mi, że lecisz na nieletniego!

- Wydaje mi się, że jest pełnoletni ale--

- Właśnie – wydaje ci się. A jak okaże się, że ma szesnaście lat?

- Dzięki za wsparcie, Kris. — sarknął Xing skręcając. YiFan skręcił za nim.

- Ja cię tylko kulturalnie ostrzegam. — wzruszył ramionami.

- Dobra rozumiem. To tu. powiedział i zatrzymał się.

Kris zrobił to samo i teraz obaj znajdowali się przed oszkloną witryną. Za nią stały, zrobione z ciemnego drewna, regały, na których poupychane zostały książki. W kącie stała lada a za nią starszy pan, który pisał zawzięcie. Stojąc pod daszkiem złożyli parasolki i weszli do środka. Raptownie otoczyło ich ciepło, zapach starego drewna i nutka pomarańczy. Dzwoneczek nad drzwiami zadzwonił wesoło powodując tym uniesienie głowy przez starszego pana. Uśmiechnął się na widok Xinga i odkładając notesik na bok przywołał ich gestem ręki. YiFan wahał się chwile ale widząc jak jego kolega idzie dalej podjął decyzję. Na podłodze znajdowały się stosy książek imitujące labirynt, droga do lady była więc kręta i trwała ciut dłużej niż chłopak zakładał na początku.
Dzień dobry. Przyprowadziłeś wreszcie kogoś ze sobą.

Tak, to mój przyjaciel, YiFan. Opowiadałem ci kiedyś o nim.

Mam się bać. — Kris uniósł brwi do góry. Starszy pan pokręcił jedynie głową wciąż się uśmiechając.
Oczywiście, że nie chłopcze. Miło mi cię poznać. Herbaty?

- Oh, nie. Kris potrzebuje pewnej książki a pieniędzmi nie sypie.

- Podaj tytuł a zaraz powiem czy to mam.

- Metody rehabilitacji. Lata 20, XX wieku.

- Mam. Już podaję. — mężczyzna wyszedł zza lady a YiFan wiódł za nim niedowierzająco wzrokiem. Xing uśmiechnął się lekko widząc, że chłopak jest pod wrażeniem. Cieszyło go to.

- Proszę. — podał mu książkę w idealnym stanie.

- Ile płacę?

- To na koszt firmy.

- Ale---

- Pod warunkiem, że będziecie tu przychodzić częściej. Xing mam kolejną opowieść.

- Wpadnę jakoś za tydzień, dobrze? Mam teraz dużo na głowie--

- Ta młodzież. Idźcie już. — pogonił ich z uśmiechem na ustach.

- Skąd on wiedział, że ma tą książkę bez wcześniejszego sprawdzania?

- Magia, Kris. Nie kwestionuj. — dodał widząc jak ten otwiera usta.

- Sam jesteś magia. Ten facet ma chyba w głowie spis książek z całego świata. Taka pamięć to by mi się przydała.

- Sam wybrałeś sobie taki kierunek studiów, nie narzekaj. Powiedz mi raczej jak tam twoje pierwsze dni praktyk? Idziemy gdzieś?

- Kawiarnia naprzeciwko Black Space. — odpowiedział, skręcając raptownie. — Całkiem spoko. Ordynator wszystko mi wyjaśnił i już pierwszego dnia dostałem pacjenta.

- Zajmujesz się tylko nim?

- Taa. Na jednego praktykanta przypada jeden pacjent, tak jest wszędzie. Na przykład Amber, wiesz ta co teraz farbneła się na blond. Daje lekcje tylko jednej klasie w szkole.

- W sumie, logiczne. Kyungsoo ostatnio opowiadał mi jak Krystal, jedna z kelnerek w jego pracy, podrywała Jongina.

- I co? Młody się skusił czy D.O zadźgał go łyżeczką od herbaty? — parsknął śmiechem na samo wyobrażenie czarnowłosego popełniającego przestępstwo. Dostał kuśkańca w bok.

- Nie kracz. Dobrze wiesz do czego on jest zdolny. — Xing ściszył głos do konspiracyjnego szeptu. — Zapomniałeś już jak zmusił profesora wydziału do przyznania się do błędu? Pamiętasz tamtą sprawę? On go prześladował! Chodził za nim krok w krok i pisał wiadomości, dopóki ten profesor nie poleciał na policję przyznać się.

- Coś mi się kojarzy. — YiFan zadrżał na samo wspomnienie miny Kyungsoo w tamtej chwili.

  Ich rozmowę tymczasowo przerwało dotarcie do kawiarni. Weszli do zatłoczonego lokalu wypatrując wolnego stolika. Tuż przy nich, na prawo, znajdowały się dwa miejsca, od których wstawała właśnie jakaś para. Kris i Lay spojrzeli na siebie porozumiewawczo i oboje ruszyli w tamtym kierunku wymijając innych ludzi, którzy także dostrzegli wolne miejsce. Usiedli wygodnie, odkładając mokre parasolki na niski stopień, który oddzielał podłogę od okna.



- Teraz ty zamawiasz. Ja byłem ostatnio. — Lay uśmiechnął się promiennie do sąsiada.

- Ehh mów co chcesz. — odpowiedział zrezygnowany.

- Zamów mi zieloną herbatę.

  Kris odszedł naburmuszony w stronę kasy. Lay widział jak wszystkie dziewczyny odwracają za nim głowy, poprawiając makijaż i uśmiechając się zalotnie. Podwijały spódniczki, uwydatniały biust i patrzyły się na niego jak sroki w gnat. Ten jednak nie zwracał na nie najmniejszej uwagi, szedł tylko sobie znanym krokiem do lady, przy której kasjerka wyglądała jakby miała dostać zawał. Chińczyk zaczął się śmiać, nie mógł wytrzymać. Wszystkie głowy odwróciły się w jego stronę a on jeszcze mocniej wybuch śmiechem. Ta sytuacja była dla niego cholernie zabawna. Stado kobiet, w różnym wieku a więc i nastolatek, próbowało poderwać jego przyjaciela a ten był od wielu lat zdeklarowanym gejem. Dopiero YiFan powrócił z dwoma kubkami, nad którymi unosiła się para, zamilkł wycierając łzy szczęścia z policzków.

- Gdybyś był babą to bym ci powiedział, że się rozmazałeś. Postawił ostrożnie, na drewnianej powierzchni, filiżanki.

- Wybacz ale ja się nie maluję. Po prostu one patrzyły się na ciebie jak na bóstwo a ty ich nawet nie zauważyłeś. — na twarzy Lay'a wciąż błąkał się uśmiech.

- Wierzę ci na słowo.

- Wracając do Kyungsoo... Jongin nawet nie zauważył, że ona z nim flirtuje. Kyungsoo nie musiał używać swoich morderczych zdolności.

- I dobrze. Inaczej Kai przestraszyłby się go. — mówiąc to, Kris mieszał powoli roztwór srebrną łyżeczką.

- No nie wiem, oni są bardzo zżyci. Jak tam twój pacjent? — zainteresował się.

- Tajemnica lekars---

- Nie obowiązuje cie. Nie składałeś przyrzeczeń ani nic w tym rodzaju.

- Czasami się ciebie boje. Jesteś nieprzewidywalny. To chłopak, imienia i nazwiska ci nie podam. Miał wypadek, stereotypowo wpadł pod samochód, jest więc na wózku.

- Biedny... ale będzie jeszcze chodził, no nie?

- Hmm trudno mi powiedzieć. — westchnął podnosząc wzrok na Xinga. — Lekarze twierdzą, że nie ma szans na ponowne chodzenie. Jednak ja uważam, że może się udać. On przedtem był bardzo wysportowany, ma siłę żeby spróbować.

- A więc to cie gryzie, no nie? Sądzę, że może ciut za bardzo wczuwasz się w pacjenta. Jednak znam cię i dobrze wiem, że twoja ocena sytuacji jest nieomylna. Skoro masz szansę – to zrób wszystko aby się udało. W końcu jakby nie patrzeć, takie coś podnosi cię w hierarchii. — Lay jak zawsze odpowiedział z opanowaniem. Wiedział, że te słowa, które wyjdą teraz z jego ust będą dla Krisa znaczyć zbyt wiele, by mógł wypowiedzieć głupstwo.

- Dziękuje. — siedzieli w relaksującej ciszy, sącząc swoje napoje. Deszcz przestał bębnić w szyby, za to z nieba począł spadać biały puch. Xing dopiero odwrócił głowę w prawą stronę, patrząc przez witrynę na Black Space.

Xing wytrzeszczył oczy i wydał z siebie dziwny dźwięk. Kris słysząc to podniósł głowę i spojrzał tam gdzie on. Uniósł zdziwiony brew, nie rozumiejąc o co chodzi.

- Ten co czyta książkę, ten w okularach … to on.

- To ten chłoptaś co ci się podoba? Muszę powiedzieć, że jest całkiem niezły. — Chińczyk był pod wrażeniem. — Mam pomysł – ja i tak muszę już wracać do akademika, mam zbyt dużo nauki, a ty namaluj go. Uwiecznij jak najlepiej, choć teraz nie pozwól mu uciec.

I odszedł zostawiając Lay'a w otumanieniu, który za jego słowami wyjął z torby pędzle, farby i papier. Obserwując go, malował i ludzie mogli się patrzeć, tym razem odkrywał przed nimi tak intymną chwilę bo karmelowłosy był tego wart.

。。。

  Black Space to jedna z wielu kawiarenek w Seoulu. Nie wyróżniała się niczym na tle innych ale to właśnie w niej Jongdae spędzał najwięcej czasu. Minimalistyczny wystrój i proste, ciepłe kolory, otulały go, pozwalając mu skupić się wyłącznie na książkach. Nikt mu nie przeszkadzał, w kawiarni panowała nadzwyczajna cisza zakłócana jedynie przez szelest przewracanych kartek. Chen siedział przy stoliku popijając kawę. Okulary w czarnej oprawce, wciąż zjeżdżały z jego nosa ale on poprawiał je dalej będąc pochłonięty tekstem lektury. Kołnierzyk od koszuli zbyt mu się wbijał w tej pozycji w szyję, więc rozpiął górne guziczki powodując tym samym częstszy ruch kelnerek przy swoim miejscu. Czarne dżinsy opinały uda a niezawiązane sznurówki powodowały wygląd niezdary.
Jongdae z westchnięciem przewrócił kolejną stronę podnosząc na chwilę głowę. Zegarek wybił właśnie osiemnastą, za oknem zrobiło się ciemnawo a chłopak z niedowierzaniem zauważył, że z nieba spadają małe płatki śniegu. Mała dziewczynka za oknem skakała wokół, śmiejąc się do nieba. Chen westchnął jedynie ponownie i powrócił do nurtującej go lektury. Zupełnie nie zauważył, że po drugiej stronie ulicy, w kawiarence naprzeciwko, siedzi jego nieznajomy student i z zapartym tchem go obserwuje.


。。。

  Ciałem Tao po raz kolejny wstrząsnął szloch. Jego klatka piersiowa unosiła się niespokojnie a wielka gula rosła z chwili na chwile w gardle chłopaka. Dłonie zaciskał na ramionach obejmując się kurczowo. Spazmatyczne oddechy przywoływały mroczki przed jego oczami a on wciąż nie mógł się uspokoić. Gdyby wiedział, że tak będzie, gdyby tylko mógł cofnąć czas. Ale nie mógł i to przytłaczało go najbardziej. Dopiero teraz zdał sobie sprawę jak bardzo życie ludzkie jest do dupy. Wystarczy chwila i wszystko burzy się jak domek z kart i w żaden sposób nie można było tego uratować. I to nie tak, że nie próbował. Chwytał się brzytwy ale po jakimś czasie naszła go taka niechęć, zdruzgotanie, że już nie był wstanie myśleć o niczym innym jak o porażce. I choć przyjaciele widzieli go jako tego zawsze uśmiechniętego, wesołego i niepoddającego się to on już nie wiedział co ma robić aby wszystko było tak jak dawniej. Poukładane. Próbował żyć normalnie ale nawet zwykły chodnik kojarzył mu się z kilometrami, które każdego ranka przebiegał. Powoli się staczał i nie potrafił tego zatrzymać.

- Kochanie! Kolacja na stole. — jego matka, jak zawsze radosna, zapukała do drzwi. Zupełnie nie zdając sobie sprawy, że po drugiej stronie jej syn przeżywa załamanie nerwowe. To też coraz bardziej śmieszyło Tao. Zresztą, wszystko ostatnio było nadzwyczaj groteskowe.

Przetarł twarz drżącymi dłońmi. Nie mógł się poddać, nie, gdy inni jeszcze w niego wierzyli.

。。。

Baekhyun z roztargnieniem przeglądał kolejne zeszyty w poszukiwaniu kartki. Chanyeol ostatnim razem sprzątając schował gdzieś jego cv. Kiedy właśnie udało mu się znaleźć idealne ogłoszenie o pracę nie mógł zrozumieć dlaczego Bóg tak go kara. Blondyn wywrócił kolejną szufladę do góry nogami i zaczął przeglądać pośpiesznie kartki. Tak właśnie było gdy Chan zabierał się za sprzątanie. Wszystko zmieniało swoje miejsce a część rzeczy gubiła się w ogóle, kurze dalej były nie wytarte, więc Kyungsoo zawsze potem na niego krzyczał. Wtedy śmiał się z skruszonej miny swojego chłopaka ale teraz miał ochotę się popłakać.


- Chan! Nie widziałeś mojego CV?! — blondyn zrezygnował z dalszych poszukiwań. Poszedł do salonu patrząc jak jego chłopak układa puzzle.

- Nie, a co? Potrzebne ci?

- Wyobraź sobie, że tak. Znalazłem świetną ofertę w jednym z przedszkoli i zamierzam dostać tą pracę. Czy to temu sukkotowi na górze się podoba czy nie. — odpowiedział buntnie. Założył skrzyżował ręce na klatce piersiowej i strzelił taką minę, że po chwili Chanyeol tarzał się po dywanie ze śmiechu.

- Bo..hahah..że hahahah twoja mina! —

- Nie śmiej się idioto! Z tobą żyć się nie da. — jęknął zrezygnowany. Opadł na kanapę i sięgnął po telefon.

- Baekhyun — Chanyeol podniósł się i usiadł na brzegu kanapy. — Przypomnij sobie gdzie ostatnio je położyłeś.

- Ty sprzątałeś.

- Takk ale nie tykałem twoich dokumentów. Dobrze wiem, że ciebie to denerwuje. — wzruszył ramionami ponownie zasiadając do puzzli. — Kto szuka ten znajduje.

- Łatwo mówić. Znając ciebie wciągnąłeś je odkurzaczem albo podarłeś. Chyba, że coś knujesz. — blondyn przymrużył oczy patrząc się podejrzanie na niego. — Czy ty chcesz mnie zabić?

- Najpierw zgwałcić, później zabić. - Chan połączył dwa puzzle ze sobą. Krzyknął triumfalnie i uśmiechając się jak dzieciak pokazując to blondynowi.

- Właściwie – odparł zamyślony. — Wystarczy, że niańczę ciebie. Dawaj te puzzle. — Baekhyun dosiadł się do Chanyeola. Na dywanie przed nimi był mały stolik a na nim opakowanie od puzzli. Czarnowłosy układał je od godziny. Złączył dwa kawałki.

  Blondyn przekręcił oczami i popchnął chłopaka w bok. Kolejny nudny dzień, który mogą spędzić ze sobą. Spokojny dzień, bez żadnego pośpiechu, z możliwością poznawania siebie od nowa. Takich dni nienawidził Baekhyun, zakochał się bowiem w niespokojnym Chanyeol'u. Wiecznie energicznym, nie mogącym usiedzieć w miejscu, mającym tysiąc głupich pomysłów na minutę a nie w kimś pokroju Kyungsoo. On sam nie chciał ckliwych chwil, momentów pełnych romantyzmu – całkowicie wystarczyła mu obecna sytuacja. Łączyła ich zabawa i to Baek kochał.

。。。

  Xiumin obserwował przez okno jak w jednym momencie rzewny deszcz zmienia się w śnieg. Czytał akurat książkę o fizyce kwantowej, robiąc notatki, gdy zaniepokojony nagłą ciszą odwrócił się w stronę okna. Dotychczas spadające krople wody uderzały z dużą siłą w szklaną powierzchnię, wydając głuche plaśnięcia. Przeniósł się więc na stary, szeroki parapet i tam dalej czytał podręcznik, co chwile spoglądając w bok. Pomimo, że płatki śniegu były drobne a podłoże wciąż mokre, nasiąknięte wcześniejszą ulewą, krajobraz stawał się coraz bielszy. Puch osiadał na koronach drzew, tworząc diademy z zamarzniętych kryształków. Trawa wyglądała niczym wata cukrowa a żelazne chmury zwisały ciężko nad miastem, tworząc niesamowicie przytłaczającą atmosferę z nutką samobójczej wesołości. W końcu też Minseok całkowicie porzucił dalsze uczenie się i siedział opatulony kocem na zimnym marmurze. Luhan wyszedł jakiś czas temu z kolegami, więc chłopak czuł się trochę samotny. Na początku próbował zająć się pisaniem z przyjaciółmi ale po tym jak Kris i Lay nie odpisywali mu, zniechęcił się. Zajął się więc lekcjami ale i te w końcu odpadły.
Nie chciał się do tego przyznać ale prawda była taka, że czuł się zazdrosny. Chciałby spędzać każdą minutę swojego życia z Luhanem ale wiedział, że to już obsesja. To nie było też tak, że miał tak zawsze, że był zazdrosny o byle co. Po prostu dziś nie był jego dzień i definitywnie potrzebował bliskości drugiego chłopaka. Minseok nie powiedział mu o swoich problemach rodzinnych, nie chciał go martwić ale już sam nie dawał sobie rady. Jego rodzice znów kłócili się o to, kto powinien dostać więcej pieniędzy. Jakieś pięć lat temu wzięli rozwód ale wciąż nie potrafią zdobyć się na choć trochę inteligencji aby pozbyć się już tego problemu. Tym razem wmieszali w to nawet jego a on nie miał pojęcia jak z tego bagna wybrnąć. Nie uśmiechało mu się stawanie po jakiejkolwiek stronie konfliktu ale musiał. Xi był mu niezbędny do podjęcia decyzji.


- Proszę!— odkrzyknął Minseok słysząc pukanie do drzwi.

- Hej, jest może Luhan? — do pokoju nieśmiało weszła jakaś dziewczyna. Chłopak nie rozpoznał jej.

- Wyszedł jakiś czas temu.. przekazać mu coś?

- Jeśli mógłbyś. Powiesz mu, że Hyuna jest gotowa?

- Okej... a mogę wiedzieć na co?

- Na to co się umawiali. Nie mogę powiedzieć więcej. — uśmiechnęła się przepraszająco i wyszła, zamykając za sobą drzwi.

  Chłopak siedział osłupiały nie rozumiejąc. Na co mogła być gotowa ta laska? I na co jej Lulu?! ~ zaniepokoił się Xiumin. Czego ta poczwara chce? Jeśli chodzi o to co myśli, nie odda nikomu swojego chłopaka tak łatwo. Z zaciętą minął myślał jak zacząć rozmowę z Luhanem aby niepostrzeżenie wyciągnąć z niego informację. Nie zauważył kiedy usnął z przyklejonym policzkiem do szyby, tworząc swoim oddechem wzorki na szkle.

。。。

  Sygnał przychodzącego sms'a zbudził Jongdae z letargu. Rozejrzał się nieprzytomnym wzrokiem po pokoju, zza pierzyny poszukując telefonu. Wstał i drżąc z zimna na całym ciele pochwycił go i wrócił do łóżka. Opatulił się szczelnie kołdrą, zakrywając nawet głowę i leżąc na boku odblokował telefon. Na ekraniku wyskoczyła mała koperta informując go, że wiadomość dostał od nieznajomego numeru. Myśląc, że to kolejny sms od sieci, które swoją drogą przychodziły ostatnio zbyt często, otworzył ją. Widząc jednak treść zamarł.

Od: nieznany
I jak? Wyleczony?

Do: nieznany
Przepraszam.. ale kto pisze?

Od: nieznany
Student, który rozwalił ci telefon

Do: nieznany
To naprawdę ty? Skąd masz mój numer?

Od: nieznany
Pozwoliłem go sobie podkraść. Nie bądź zły, o wiele bardziej wolę gdy się uśmiechasz.

Jongdae otworzył szeroko oczy, widząc co odpisał student. Gdyby był kobietą, zapewne zaczął by piszczeć ale, że Baekhyun mieszkał w pokoju obok wolał nie ryzykować wydawaniem niezbyt męskich dźwięków.


Do: nieznany
Wybaczam, w końcu naprawiłeś go. Plus, dzięki za radę, udało mi się wyzdrowieć przed występem :)

Od: nieznany
Cieszę się niezmiernie, że nie jesteś zły :) A jak poszedł występ?

Do: nieznany
A może byś się przedstawił? Właściwie oboje powinniśmy...

Zagryzł warkę trzymając palec nad przyciskiem „wyślij”. W końcu wcisnął go zamykając oczy. Po chwili jednak je ponownie wytrzeszczył czując wibrację przychodzącego sms'a

Od: nieznany
Zhang YiXing ale mów mi po prostu Xing :)

Do: Xing :)
Kim JongDae. I mój występ był całkiem dobry, śpiewam jednak w chórze. To moja pasja.

Od: Xing :)
Moim hobby jest taniec, dokładniej street dance.

Do: Xing :)
O! To fajnie C: Ja zawsze chciałem się nauczyć tańczyć ale cytując mojego znajomego: „Jesteś sztywny jak decha”. Studiujesz malarstwo?

Od: Xing :)
Zgadłeś. Właściwie potrafię też rysować ale ubóstwiam akwarele. Kiedyś cię nauczę :3 A ty uczysz się?

Do: Xing :)
Hmm mam w tym roku maturę. Mam 19 lat :/

Od: Xing :)
Ja mam 21 na karku. Ucz się pilnie a będziesz miał dobre wyniki! Jak coś mam znajomych, którzy studiują na politechnice – jak chcesz mogą dawać ci korepetycje.

Do: Xing :)
Dzięki

Od: Xing :)
Muszę lecieć na wykład :( ale obiecuję, że jeszcze do ciebie dziś napiszę! Ale ty też się nie krępuj i pisz :) Oh... wczoraj cię namalowałem. To znaczy... widziałem cię w tej kawiarence „Black Space” i nie mogłem się oprzeć. Wyglądasz uroczo gdy jesteś pochłonięty czytaniem xx


Chen nie był w stanie aby odpisać cokolwiek, nawet głupie ok. Leżał czując jak jego policzki nabierają czerwieni. Próbował sobie przypomnieć czy przypadkiem nie widział wczoraj Xing'a ale za Chiny ludowe nie mógł sobie przypomnieć. Tamta książka zbyt go wciągnęła. Jęknął sfrustrowany podnosząc się z łóżka. Tak chciał go zobaczyć! Nic jednak nie mogło powstrzymać go przed zmianą uśmieszku, przy imieniu studenta na serduszko. Uśmiechał się jak głupi cały poranek nie zwracając uwagi na pytania Kyungsoo czy śmiechy baekyeola. Cały czas przeżywał ten jawny flirt w sms'ach i zastanawiał się co takiego w sobie ma, że spodobał się temu ideałowi.


。。。
Wu YiFan nienawidził poniedziałków. Choć był rannym ptaszkiem, każdy początek tygodnia sprawiał, że jego humor równał się zerze i dodatkowo jeszcze bardziej wyglądał jak zawodowy morderca. Dopiero we wtorek rozkręcał się do normalnego stanu. Jednak takie wytłumaczenie nie miało znaczenia dla jego wykładowców i ordynatora szpitala. Potocznie, jak zawsze mu to powtarzali, nazywało się to lenistwem. I Kris wspinając się po białych schodach nienawidził osoby, która wymyśliła prace. Wyminął w drzwiach jakąś starszą panie, która szła o kulach i wszedł do szpitala. Jego oczom ukazał się pokaźny hol, niczym w pięciogwiazdkowym hotelu. Na kanapach, które był tu zamiast plastikowych krzeseł, siedzieli pacjenci. Jedni jęczący z bólu a inni przysypiający. Chłopak przeszedł obok nich aż do szatni dla personelu. Tam założył biały kitel, zmienił obuwie i założył specjalny identyfikator upoważniający go do korzystania z miejsc dla personelu.


- Hejka, YiFan. — przywitała się z nim Tiffany, pediatra, którą poznał jeszcze za granicą. Znajoma z dzieciństwa.

- Dzień dobry Tiff. — skinął jej głową.

- Mam cię zdzielić!? Mówiłam ci już, że jest Tiffany. - rzekła akcentując swoje imię.

- Dobrze t.. Tiffany.

- Od razu lepiej. Co tam u ciebie? Jak studia?

- W porządku, po staremu.

- Widziałeś się może ostatnio z Amber?

- Rozmawiałem z nią wczoraj. Była padnięta, niby uczy tylko jedną klasę ale te dzieciaki dają jej popalić. Mówiła, że odpowiada jej piątek w tym tygodniu. Nie powinnyście traktować mnie jako gońca. — westchnął skręcając. — Musisz zmusić Amber do kupna telefonu.

- Dobrze wiesz, że ma do nich awersję. Ledwo traktuje komputery ale są jej niezbędne. — wzruszyła ramionami idąc przy jego boku. — Zazwyczaj sama przekazuje jej wiadomości, więc nie narzekać. Po prostu ostatnie tygodnie były trudne.

- Sesja. — pokiwał ze zrozumieniem głowa.

- Tak zwane – piekło na ziemi. A jak tam twój pacjent?

- Obiecałem sobie, że każdy pacjent, którego dostanę odzyska władzę w części ciała, którą ma sparaliżowaną. Uratuje każdego.

- I to jest Wu YiFan, którego poznałam na początku, yeah! — wykrzyknęła, zwracając na siebie uwagę pacjentów. — Przepraszam.

- A ty jak zawsze jesteś głośna. Nie rozumiem co Amber w tobie widzi.

- Cóż... jestem ładna, mądra, starsza---

- A przede wszystkim skromna, no nie? — parsknął śmiechem.

- Czepiasz się. Miłość nie wybiera. — pokiwała głową, jakby wiedziała wszystko. — Muszę cię już pożegnać ale dziękuję za towarzystwo. Do zobaczenia. — pomachała mu odchodząc.

Gdy Kris doszedł wreszcie pod gabinet ZiTao czekał już na niego. Otworzył więc drzwi i zaprosił go do środka.


- Pozwolisz, że dzisiejszą wizytę spędzimy na rozmowie? — spytał na wstępie.

- No, okej. — odpowiedział z wahaniem. — Mam zadzwonić po mamę?

- Nie, chcę porozmawiać tylko z tobą.

- Mam się bać?

- Jeśli chcesz. — wzruszył ramionami, siadając naprzeciwko młodszego. — Muszę cię zmotywować i przywrócić twoją wiarę w odzyskanie czucia w nogach.

- O boże — stęknął Huang, widząc, że ten nie żartuje.

- Zauważyłem, że o ile przy pierwszej wizycie, przy której byłem, byłeś jeszcze z nadzieją. To następne były już przepełnione rezygnacją. Dlaczego tak się stało?

- To nie istotne.

- Pow--

- Nie zrozumiesz tego! Ty nigdy nie byłeś na wózku!

- Byłem. — między nimi zapanowała cisza. Tao siedział z rozszerzonymi oczami patrząc na poważną twarz studenta.

- Gdy miałem szesnaście lat byłem jednym z wicemistrzów koszykówki. Razem z drużyną mieliśmy same złote medale, potrafiliśmy takie cuda... któregoś dnia zbierałem się na trening i byłem już na szczycie schodów ale wtedy pojawił się mój ojciec. Upity w trzy dupy. Zaczął wrzeszczeć i szarpać mnie. Potem po prostu popchnął mnie a ja zleciałem. Lekarze powiedzieli, że uszkodziłem sobie w jednym miejscu kręgosłup. Miałem niedowład lewej nogi.   

- Ja.. ja. Nie wiedziałem. — spuścił głowę. Było mu wstyd.

- Nie mogłeś wiedzieć. Widziałeś jak chodzę, prawda? — Tao przytaknął. — Powiedziałbyś, że miałem niedowład nogi?

- Nie.

- Dokładnie. Ja na początku się załamałem. Dlaczego moje marzenia miały legnąć w gruzach przez jakiegoś pijaka, który tytułował się jako mój ojciec? Czułem się bezsilny, padnięty samym faktem, że to wszystko się stało. Stwierdziłem wtedy jednak, że tak być nie może. Ten dziad próbował mi zniszczyć życie, więc ja mu pokaże, że mnie nie da się tak łatwo pokonać. Lekarze też mówili, że nie odzyskam władzy, że co najwyżej ruszę palcem u stopy. Ale ja i tak próbowałem i dzisiaj jestem tu.

- Niesamowite.

- I może ci się zdawać, że nie posiadasz tej siły, że to ponad ciebie. To nie poddawaj się, walcz, bo, cholera, wszyscy będą o tobie mówić. Że udało ci się choć wszyscy mówili, że to koniec. Nie masz takich idoli, którzy pokonali wszystko aby być tam gdzie teraz są?

- Mam... ale ja nie wiem czy tak potrafię. — westchnął zrezygnowany.

- Podoba ci się ktoś?

- CO?!

- Czy ktoś ci się podoba?

- Aaa.. tak. — odpowiedział zawstydzony.

- To myśl, że robisz to wszystko dla tej jednej osoby. Zawsze tak myśl. Zrób jej w ten sposób niespodziankę i stań znów na nogi.

。。。


,,Jesteś dzieckiem życia bez granic.
Jesteś dzieckiem wieczności.
Ty właśnie jesteś cudem stworzenia."






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz